Jan i Małgorzata

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za siedmioma rzekami odbywała się randka jakich wiele co piątek. - I co Andżela? Mówił ci rzem, że najlepszy kebs tutaj? Mówił ci rzem? - pytał Endriu, oczekując stanowczego potwierdzenia. - Mówiłeś mi Endriu. Kola też spoks. - Andżela stanowczo potwierdziła. - To co? Pojedlim, to poszlim? - zapytał Endriu zaraz po skończonym posiłku. - A gdzie poszlim? - dopytała Andżela. - A pójdziem do parku na spacer i pospacerujem trochę. - wyjaśnił tajemniczo Endriu. - Do tego parku, tamtego? - wskazała skinieniem głową znany sobie park, Andżela. - To znasz ten tamten park? - iskierki zaiskrzyły w oczach Endriego. - A znam. Chętnie pójdem. - rozpaliła w oczach Endriego płomień, Andżela.

Park „ten tamten” znany był z tego, że nie chodziło o spacerowanie. Od dawien dawna, przodki i praprzodki wszelakich Endriów i Andżeli, chodzili tam dochodzić. Kolejne pokolenie również wiedziało do tego służy magiczny park. Andżela znała go już siedem razy, ale zawsze po randce. Nigdy przed, takie miała zasady. Tym razem również była nieugięta. Endriu rozkochał jej podniebienie podróbką baraniny w pszennej bułce, koka kolą oraz frytkami. Potem poszło już z górki. Po dwa piwka, godzinka rozmowy o najlepszym kebabie w mieście, który właśnie zjedli, aż w końcu zgoda Andżeli na „spacer po parku”. Ona miała właśnie rozdziewiczyć park po raz ósmy, on po raz dwunasty. Tym razem stało się jednak inaczej. - Stójcie!!! Stójcie i podciągnijcie spodnie... - powiedział niespodziewanie, niespodziewany głos. - Co to kurwa, ja pierdolem?! - zdezorientował się Endriu. - Policjanty, spierdalajmy! - wyjaśniła Andżela. - Spokojnie przyjaciele. Zaraz wszystko wam wyjaśnię. Tylko podciągnijcie spodnie, proszę. - uspokoiła zaniepokojonych kochanków, zjawa. Uspokojeni kochankowie podciągnęli spodnie, a zjawa zaczęła wyjaśniać. - Nazywam się Babajag Jarosław i raz do roku wychodzę ze swojej wiejskiej chatki, do tego przepełnionego miłością parku. Wtedy też jednej, wyjątkowej, przypadkowej parze, oferuję niezwykłą ofertę. W tym roku to wy będziecie moimi Janem i Małgorzatą! - Babajag przytoczył dziwną historię. - Co? - nie zrozumiał nic Endriu. Babajag Jarosław kontynuował. - Zamiast tworzyć cud życia pod tym drzewem, chodźcie ze mną. Zamieszkacie w chatce z pięciosetzłotówek i każdego miesiąca możecie brać ze ściany, dachu, lub podłogi pięćset złotych na każde dziecko, które magicznie wyczarujecie swoją miłością. - zaproponował Babajag. - Czekaj, czekaj, Endriu, ja coś kiedyś rzem słyszała, że ludziom spadajom pieniondze z nieba. To jest chyba to. - wyjaśniła Endriemu, Andżela. Umysł Andżeli pracował szybciej niż Endriego, ale nie mniej błędnie. Tym razem jednak się nie mylił, bo pieniądze miały im spaść z nieba, więc Andżela pociągnęła temat. - To ja mam pytanie, bo jeśli ja nie mam osiemnastu lat, to czy moja mama też mogłaby zamieszkać w chatce z pięciosetzłotówek, żeby brać na mnie pińcet złotych? - Andżela wyczuła interes. - Zaproś mamę do mojej wiejskiej chatki. Jeśli wypełni wniosek i będzie wystarczająco biedna, to tak. - wyjaśnił Jarosław. - Czekajcie, czekajcie. - załapał pomału Endriu. - To jeśli bendziemy mieć tsy dzieciaki, to bendzie tysionc-dwieście na ronczkę? - przeliczył i zapytał dla pewności, Endriu. - Chyba tysiąc trzysta, bo trzy razy pięć, to trzynaście i trzy zera, to wychodzi tysiąc trzysta. - błysnęła umiejętnościami matematycznymi, Andżela. - Każde kolejne dziecko, to dodatkowe czerpanie pięciosetzłotówek ze ściany, dachu, lub podłogi, więc wasza rodzina będzie żyła jak królowie! - wyjaśnił i zachęcił kochanków, Jarosław. - A jeśli mam dziecko z innom partnerkom, to też mogem czerpać z chatki dodatkowom pięciosetzłotówkę? I od razó drógie pytanie, czy muszem sie dzielić z matkom dziecka? - Endriu wciąż przeliczał ile dzieci potrzeba, żeby dobić do dwóch tysiączków i mieć wszystko w dupie. - To ty masz już dziecko?! - wzburzyła się Andżela. - Nie mam, ale przecież zawsze mogę mieć. - wyjaśnił szeptem swój przebiegły plan, Endriu. Patologicznych pytań nie byłoby końca, gdyby nie Babajag Jarosław, który nie zwracając na nie uwagi, jednym uderzeniem magicznej laski, przeniósł wszystkich do magicznej chatki.

- Łaaaaał! - zrobili kochankowie, na widok wnętrza magicznej chatki. I było co „łałować”. Trzy pokoje, okna PCV, kuchnia full wyposażona ze zmywarką, w łazience kabina prysznicowa i wanna. A wszystko to otoczone grubymi ścianami, podłogą i dachem z pięciosetzłotówek. - To nasze, Babajagu? - oczka Endriego i Andżeli zaiskrzyły radością. - Tak, ale pod warunkiem, że będziecie płacili niski czynsz sto złotych oraz opłaty za media. I tak jak wspomniałem, jedno dziecko, to jedna pięciosetzłotówka miesięcznie. Żegnam was i życzę cudownego cudotwórstwa magicznego życia! - podsumował Babajag Jarosław, po czym zniknął. Przyszli rodzice rozejrzeli się po mieszkaniu, po czym nawiązali dialog. - To com Andżela? Bendziemy mieli dzicko... - zastanowił się chwilę nad powagą sprawy, Endriu. - A da się zrobić dwa, albo trzy na raz? - Andżela myślała ekonomicznie. - Kolega opowiadał, że żeby zrobić bliźniaków, to trzeba się mocno naspidować. A żeby zrobić trzy naraz, to nie wiem. Może jeszcze mocniej się naspidować? - wyjaśnił wielokrotne rozmnażanie gatunku ludzkiego, Endriu. - Ty, a ty w ogóle umisz zrobić dziecko? - dopytała dla pewności, Andżela. - Yyy... Pewnie, że tak! - po chwili zawahania, odpowiedział z całą stanowczością, Endriu. - Jeśli połkniesz, to bendzie chłopiec, a jeśli zrobimy to klasycznie, to bendzie dziepcynka. - dzielił się swoją szczegółową wiedzą, Endriu. - A ja słyszałam rzem, że jak od przodu to bendzie dziewczynka, a jak od tyłu to chłopiec. - porównywała swoje informacje z informacjami ukochanego, Andżela. - Od tyłu?! Jak od tyłu?! To morzna od tyłu?! - Endriu wydał się zaskoczony informacjami Andżeli. Docieranie się kochanków trwało trochę czasu. Zanim doszli do porozumienia co, gdzie i jak włożyć oraz kiedy wyjąć, minęło zbyt dużo czasu, żebym – jako narrator tej legendo-baśni – wszystko opisywał. Koniec-końców po wielu mozolnych negocjacjach doszli do porozumienia. - Dobra! Czyli plan jest taki: raz normalnie, potem od tyłu, potem trochę łykasz, potem trochę zostawiamy na potem, a na końcu kończem gdzie chcem, tak? - uporządkował plan, Endriu. - Nie! Nie kończysz gdzie chcesz. Ja ci potem pokażem, gdzie masz skończyć. Jusz rub co masz robić i miejmy to za sobom. - pouczyła średnio bystrego kochanka, Andżela. Namiętne zbliżenie dwojga doskonałych istot, trwało długie półtora minuty. Fajerwerkom ekstazy nie było końca – I co, i już? Gdzie to jest? - seria pytań Andżeli zdawała się nie mieć końca. - Właśnie ni wim. Takie białe miało wylecieć, co nie? - tracił pewność siebie, Endriu. - Nie, kurwa mać, czerwone. To ty nie wiesz, co miało wylecieć? - pomału traciła cierpliwość, Andżela. - Wiem co miało wylecieć, tylko rze ni wim gdzie to spadło. - wyjaśnił Endriu, po czym rozejrzał się dookoła. - Morze zostało w kondonie? - szukał wyjaśnienia Endriu. - Założyłeś gumkę?! Nie chcę się wtrącać, ale dzieci to się chyba robi bez gumki. - Andżela powątpiewała w sens prokreacji w zabezpieczeniu. - No to wtopa. - zdziwił się bezradny Endriu, widząc że „białe, co miało wylecieć” zatrzymało się okazale w prezerwatywie.

Kolejne podchody do jajeczek Andżeli trwały dniami i nocami. Kochankowie puścili wodze fantazji i starali się jak najwydajniej skorzystać z dni płodnych niewiasty. Z dni niepłodnych również. Kopulowali, kopulowali, aż w końcu na świat przyszli Szymon i Szymonka. - Łuhuuu! Bliźniaki! Tysiaczek in jor fejs, bicz! - cieszył się z potomków, Endriu. - I to każdego miesiąca, do końca życia! - wtórowała mu z radością Andżela. Szczęśliwą rodzinę, w dzień narodzin odwiedził Babajag Jarosław. - Wiiitaaajcie! Piękne stworzenia wydaliście na świat! Niechaj będą twórcami, astronautami, lekarzami, wielkimi artystami... - zaczął zachwycać się nad pięknem życia, Babajag. - Dobra, dobra. Dawaj tysiaczka. - przeszedł do rzeczy Endriu. - Połowa morze być w gotufce, a połowa morze w alkoholu. Trzecia połowa bendzie dla dzieci. - dodała Andżela. - Oczywiście. W zamian za te dwa piękne stworzenia wydane na świat, możecie wziąć sobie dwie pięciosetzłotówki. - zgodził się Jarosław, po czym zniknął. Szczęśliwi rodzice już pierwszego dnia napierdolili się jak nigdy. Dwie stówki poszły na markową wódkę, a stówka na czipsy. Nawet kac nie był im straszny, bo wstali ze świadomością, że zostało jeszcze siedemset złotych. Jednak już po dwóch tygodniach nie było tak kolorowo. - Jak to nie zostało nic pieniendzów?! - wzburzył się Endriu. - No nic nie zostało. Trzeba było tyle nie rzłopać, rzłopie cholerny! - Andżeli puściły nerwy, po czym rzuciła z całej siły Szymonem w Endriego. Na Szymonie nie zrobiło to większego wrażenia, ponieważ nie rozumiał, że nie jest ptakiem i że latanie wcale nie jest dla niego naturalnym zjawiskiem. Tylko Szymonka lekko dziwiła się, że rodzice głośno krzyczą i grają jej bratem w gorącego kartofla. - Widocznie tak zachowują się ludzie. - myślała swym chłonnym umysłem. Po skończeniu rzucaniem Szymona i uspokojeniu się trochę, młodzi rodzice, zaczęli zastanawiać się jak przetrwać kolejne dwa tygodnie, nie rezygnując jednocześnie ze swojego hobby, czyli picia. - Idem opierdolić dach. Rozmontujem dach ze wszystkich pińciosetzłotówek i spierdalamy za granicę, rzeby Babajag nas nie dorwał. - taki plan na szybko, wpadł do głowy Endriemu. - To nie lepiej podłogę? Musisz dach rozmontowywać, żeby potem padało do środka? - Andżela chciała nadać planowi Endriego logiki. - To morze lepiej siciany rozmontujem? - szukał jeszcze lepszej logiki, Endriu. - Jak rozmontujesz ściany, to dach jebnie na podłogę. - Andżela wytłumaczyła zasady grawitacji, Endriemu. - Jeszcze zobaczymy! - Endriu wolał swoją logikę i ruszył w stronę ścian. Niestety żadna pięciosetzłotówka nie chciała się odczepić. Endriu szarpał się ile tylko miał sił, ale nic to nie dawało. - Kurwa, na co to przyklejonem? Yyyhhh... yyyhhh... - siłował się przy odrywaniu pięciosetzłotówek, Endriu. - Babajag muwił jasno, rze jedno dziecko, to jedna pięciosetzłotówka. - przypomniała Endriemu, Andżela. - A ja muwiłem, że muszem się wincej naspidować, to bymy mieli trojaczki i byliby więcej pieniondzy! - odpowiedział Endriu, po czym poddenerwowani rodzice zaczęli rzucać w siebie Szymonką.

Bliźniaki trochę polatały przez kolejne dwa tygodnie, zanim rodzice dostali kolejne tysiąc złotych. Jednak tym razem, zamiast standardowych zakupów w osiedlowym monopolu, rodzice przygotowali plan. - Kupimy Internat i zobaczymy skond zdobyć wincej dzieci! - wypalił Endriu. - Internat, czy Internet? - dopytała dla pewności Andżela. - A jaka to rużnica? Kturyś jest szybszy? - zainteresował się Endriu. - Nie wiem, ktury jest szybciejszy, ale w obu są dzieci. Tylko rze nie możesz sobie z tamtejszond brać dzieciaków. - poinstruowała ukochanego, Andżela. Nieporozumienie wywołała jedna mała samogłoska. Zamienienie przez Endriego samogłoski „e” na „a” w słowie Internet, stało się powodem do niejasności i burzliwej dyskusji. - Huj mnie to obchodzi, jak to się nazywa, musim to kupić i tyle! - warknął Endriu, po czym rzucił w ukochaną Szymonem. - To się nie pytaj czy Internat, czy Internet jak cie to huj obhodzi! W dópe se wsać swojego hója! - odpowiedziała ukochana, odrzucając Szymonkę. Żeby troszkę ostudzić atmosferę para wybrała się do monopolowego, gdzie ugasiła buchające emocje. Ostudzeni kochankowie, w drodze powrotnej, kupili jeszcze modem i starter w Huyah, po czym zrealizowali swój plan wejścia do Internatu... przepraszam, Internetu. Się wszystko miesza przez tą patolską ortografię. Tak więc weszli do Internetu. - I co teraz? Co tutaj się robi? - zapytała Endriego o zasady Internetu, Andżela. - Nie wiem, ale cuś tu sie robi na miliard procent. - wytłumaczył Endriu. Młodzi rodzice zapoznając się z tajnikami Internet Explorera, trafili na różne rzeczy. Andżela trafiła na szminki do paznokci i lakiery do ust (tak, takie rzeczy tylko w Internecie). Zaciekawiło ją to i została przy tym temacie, nie zgłębiając już dalej e-zasobów. Natomiast Endriu w Internecie trafił na alkohol i tytoń bez akcyzy, dopalacze, pornografię oraz coś jeszcze. - Andżela, Andżela! Mam! Mam dzieci! - wydarł się Endriu. - Ale jak to? Nie bendziemy musieli rodzić? - zapytała zaskoczona Andżela. - No, nie! Patrz na to! - Endriu odwrócił monitor w stronę Andżeli i pokazał jej afrykańskiego ebaya. - No zobacz sama na to ogłoszenie. Dziecko z Afryki, jak nowe, free shipping, czas dostawy do 48h. $49.99 - pokazał pierwsze lepsze ogłoszenie, Endriu. - Co to jest free shipping? - dopytywała zaskoczona Andżela. - Nie wiem. Morze, rze bez simloka i można mu ustawić kolor skóry. - domyślał się przyszły, multi-kulturowy ojciec. Z pomocą przyszedł jednak google translator i kochani rodzice dowiedzieli się czym jest „free shipping”, „buy one, get one free” oraz „buy bulk, pay less”. Skorzystali z oferty niejakiego Ugubunbunu Bgununununu, który wystawił tuzin swoich dzieci za $99.99 z jednoczesną promocją „buy one, get one free”. W sumie dwadzieścia cztery dzieciaki za sto dolarów, plus Szymon i Szymonka. To dawało aż dwadzieścia sześć dzieci, czyli aż dwadzieścia sześć pięciosetzłotówek. Ilość wręcz nie do policzenia.

- Puk, puk, moi milusińscy, co tam nowego? - zajrzał do swoich podopiecznych, Babajag Jarosław. Ku jego zdziwieniu, w chatce z pięciosetzłotówek przebywała... dwudziestoośmioosobowa rodzina. Pijani rodzice spali, a dzieciaki budowały szałas w domu, żeby poczuć się bardziej jak u siebie. - Endriu, Andżela, obudźcie się! Co to za dzicz? - próbował obudzić rodziców, Babajag. Rodzice jednak nie wstawali, ponieważ dzień wcześniej wzięli sobie z podłogi, ściany i sufitu dwadzieścia sześć pięciosetzłotówek. Babjag widząc ich stan, pomógł zbudować dzieciom szałas i nakarmił je czipsami, które zostały. Kiedy rodzice wstali, Endriu zaczął wyjaśniać. - No więc tak... Andżela urodziła wczoraj dwadzieścia cztery afrykańskie dzieci, no i śpimy... bo jesteśmy zmęczeni usypianiem ich całą noc. - skonstruował pokrętne wyjaśnienie, Endriu. - Tak. - potwierdziła i dała swojemu ukochanemu alibi, Andżela. Babajag Jarosław nie był do końca przekonany, co do prawdziwości ich historii. - Coś mi tu nie gra. Co prawda nie wiem jak działa samica ludzka, ale urodzenie dwudziestu czterech dzieci w jeden dzień i to koloru czarnego, jest podejrzane. - wyjaśnił swoje krzywe spojrzenie, Babajag. - Nieeeeee... - tłumaczył Endriu. - Nie, nieeeeee... - wtórowała mu Andżela. - Jeszcze to sprawdzę w Internacie i wrócę tu. - powiedział Babajag, po czym zniknął. - Cha, cha, widziałaś? Powiedział Internat! - ucieszył się Endriu, że Babajag również zamienił samogłoskę w słowie Internet. - Hyba „słyszałaś”? - odpowiedziała Andżela. - Co słyszałaś? - nie zrozumiał Endriu. - No słyszałam jak powiedział, a nie widziałam. - sprecyzowała Andżela. - Taka mondrudka jesteś, tak? Bo się Internatu naczytałaś, to teraz wiesz co kto widzi, a co kto słyszy. - zwietrzył możliwość kłótni Endriu, po czym zaczął rzucać w partnerkę całym tuzinem nowych dzieci. Ona nie pozostawała mu dłużna i odrzucała w niego drugi tuzin. Szymon i Szymonka mieli tego dnia spokój. Jednak do czasu. - Otwierać! - rzucających dziećmi rodziców, zaskoczył głos zza drzwi. - Otwierać, komornik! Wiem, że tam jesteście. - powtórzył głos zza drzwi. - Morze to Babajag wrucił? - zgadywał Endriu. - Zawsze wchodził bez pukania, a teraz puka? Poza tym, po co mówiłby, że komornik? - dopytywała Andżela. - Nie wiem. Żart? - próbował racjonalizować sytuację, Endriu. - Sam jesteś żart. Idź durniu otwórz. - poinstruowała ukochanego, Andżela. - Taaak? - otworzył Endriu. - Andrzej i Angelika Kozłowscy? - zapytał komornik. - Taaak, a o co chodzi? - dziwił się Endriu. - Tutaj jest nakaz eksmisji za niepłacenie niezwykle niskiego czynszu oraz opłat za media. Jako, że i tak nie mam wam co zabrać na poczet tego długu, to poproszę o podpis, a wyprowadzka jest za tydzień. – wręczył pismo Endriemu, komornik. - Nie możecie wyrzucić matki i ojca z dwudziestką szóstką dzieci na bruk! - zaczęła krzyczeć Andżela. - Jakich matki i ojca? Jakimi dziećmi? Kozłowscy, wy jesteście rodzeństwem. Od urodzenia. - komornik wyjaśnił ukochanym ich stan prawny. - A Szymon i Szymonka?! Przecież Babajag Jarosław kazał nam żyć w chatce z pięciosetzłotówek i mieliśmy dostawać 500zł na każde dziecko... - nie wierzył komornikowi i dociekał prawdy Endriu. - Babajag Jarosław? Chatka z pięciosetzłotówek? Znowu piliście, czy ćpaliście te dopalacze od Jasińskiego spod piątki? - zrozumiał stan umysłu Kozłowskich, komornik. - Wasz pies Szymon i wasza kotka Szymonka również podlegają eksmisji razem z wami. Babjag Jarosław... pfff... coście brali... Kto normalny rozdawałby 500zł na każde dziecko dla patologii? Ech Kozłowscy, Kozłowscy. - dodał komornik i zarazem ponaśmiewał się trochę z pomysłu darmowych 500zł na każde dziecko. Brat i siostra odwrócili się za siebie, a na kanapie pies lizał się po kroczu, a kotka siedziała obok. Rzeczywiście, żadnych dzieci nie było. Były natomiast puste opakowania, sugerujące spożycie niejednego. Na twarzy rodzeństwa zarysował się strach, przerażenie, zdziwienie i wiele innych emocji, z których wszystkie można wsadzić do jednego worka z etykietą „ojapierdolę cośmy narobili przez ostatnie dni?!”. Jeśli nie chcesz skończyć jak Jan, lub Małgorzata zastanów się dwa razy, zanim zaufasz Babajagowi.

13 thoughts on “Jan i Małgorzata

  • 7 października 2016 at 12:38
    Permalink

    To jest genialne :D

    Reply
  • 31 sierpnia 2016 at 13:44
    Permalink

    Świetnie piszesz! Bardzo przyjemnie się czytało.

    Reply
  • 5 sierpnia 2016 at 16:08
    Permalink

    To można od tyłu?! XD xD xD

    Reply
  • 29 lipca 2016 at 18:03
    Permalink

    Wypierdolojebisty txt :) najlepszego!!!!

    Reply
  • 19 lipca 2016 at 14:20
    Permalink

    Nie tak brzmiała ta legenda kiedy czytali mi ją rodzice ;P

    Reply
  • 15 lipca 2016 at 18:56
    Permalink

    Dżesi pośmiałem się jak nigdzie. Reszta tekstów też wspaniła! :) Pisz jak najwięcej!

    Reply
  • 11 lipca 2016 at 19:44
    Permalink

    DZIEPCYNKA!!!!! hahahahaha jebłam xD

    Reply
  • 10 lipca 2016 at 11:26
    Permalink

    Blog roku!!!!! :D Śmieszne, chore i pouczające, Dżesi jesteś mistrz!! ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.