Łuski

- Byś zrobił coś delikatnego do palenia, żeby było do piwka, a nie częstujesz samymi karaczami. - rzekł z wyrzutem, po pięciu minutach zawieszki spowodowanej Huraganem, jeden z kolegów. - Delikatne palenie jest dla pizdeczek. Nie jesteś pizdeczką, jesteś zwycięzcą! - odpowiedziałem pod wpływem Alfy. - Nie no Dżesi, popatrz na Marcina. Masakra jakaś. - kolega wskazał drugiego przyjaciela, który wrócił przed chwilą z toalety. - Mówiłem mu jedna, góra dwie chmury! Ten chciał przykozaczyć i wziął cztery, bo go „nawet trzecia nie klepła”, jak sam to ujął. A ja mówiłem, że to bomba z opóźnionym zapłonem i żeby odczekał parę minut, to go klepnie. I co? Ma teraz pielgrzymki do kibla, a mógł nie mieć, gdyby posłuchał. Nie potrzeba gotować sprzętu do piwka dla pizdeczek, potrzeba mnie tylko słuchać! Kurwa mać! - trochę mi odjebało od Alfy i nadmiaru ekscytacji od zarzutów, że Huragan jest za mocny i spowodował awarię u Marcina. Nic podobnego!

Tydzień później idę na imprezę. Cztery dziewczyny, dwóch kolegów i ja. Pewny seks, bo jestem przystojny, zabawny, skromny i mam specyfiki, które rozmiękczają nawet najtwardsze sarenki. Poza tym była jedna dziewczyna nadwyżki, więc jeśli dwie najładniejsze wybrałyby kolegów, to dwóm pozostałym byłoby smutno i dla pocieszki wzięłyby mnie. Tak to sobie wykminiłem. Po prostu pewny seks. Ta impreza i cała otoczka ogólnie była niepotrzebna. Mogliśmy od razu wskakiwać do wyra. Tak sobie myślałem, ale... Postanowiłem spalić w piecu mieszankę, którą przyniosłem ze sobą. Kim jestem? Pizdeczką? O nie, nie. Jestem zwycięzcą! Przygotowany miks składał się z Niebieskiego, Huraganu i Turbo w proporcji 4:4:2, a to wszystko wymieszane 70:30 z czerwoną koniczyną. Mmmmm... Pamiętam ten miks jak dziś. Niezapomniana noc.

No więc wychodzę przed lokal, w którym była impreza. Piec był już rozgrzany kilkoma kieliszkami ognistej wody. Postanowiłem wrzucić do niego wspomniany miks, a wcześniej, w toalecie, przygotowałem sobie magiczną świeczkę. Wypaliłem połowę i... nie klepło. - O kurwa. - pomyślałem na głos. Dokończyłem drugą połowę świeczki. Nie klepło. - O kurwa. - ponownie wymsknęła mi się na głos moja myśl. Słabo trochę, bo wyjarałem soczystą świeczuchę i czułem brak aktywacji. - Dogrywka. - postanowiłem. Chwyciłem za klikanego superslima i nabiłem na czubeczek czysty proch. Zawsze mam przy sobie w torebeczce miks dwóch mocnych kanna w czystym prochu. Nie ruszam się bez takiej torebeczki z domu. Dogrywka trwała chwilę i pomyślałem wtedy: „O kurwa. Czyjaż rada nie lepsza niż własna?”. Opóźniony zapłon. Alkohol znieczulił wstępne działanie świeczki, która podziałała jak sam skurwysyn akurat kiedy skończyłem „dogrywkę”. A za chwilę miała zacząć działać sama dogrywka.

Tego wieczoru nie byłem już przystojny, zabawny i skromny. Oczy czerwone jak u diabła, a kropelek zapomniałem. Waliłem samymi sucharami i do tego uraziłem dziewczyny kilkoma szowinistycznymi dowCIPAmi. Skromność zastąpiłem przechwałkami o swoich siedmiu posiadłościach w Los Andżeles i w Los Kokos (coś mi się pojebało, że taka miejscowość istnieje). Jak się domyślacie pewny seks się nie odbył, a dziewczyny, które wtedy poszły z nami na imprezę, odwracają wzrok jak widzą mnie na ulicy. Doszedłem wtedy do wniosku, że rzeczywiście może przy ludziach warto używać lżejszego sprzętu. Nie trzeba być zwycięzcą cały czas, co nie? Można czasem przypizdeczkować delikatnym palonkiem do piwka. Szczególnie w towarzystwie, gdzie kara i odpierdalanie przypałów są niewskazane. - No dobra, zrobię lżejszy sprzęt, do piwka. Skoro ma ledwo klepać, to chociaż niech zajebiście wygląda! - wymarzyłem sobie.

- Eno, co to? Fajne, dziwne jakieś. Mogę spróbować? - ucieszył się Marcin na mój nowy wynalazek. - A weźmiesz jedną chmurę, odczekasz chwilę i potem dopiero weźmiesz drugą? - odpowiedzialnie poinstruowałem kolegę o zasadach BHP. - No pewnie! - odpowiedział Marcin. A Marcin jak to Marcin. On zawsze obieca, że będzie się zachowywał, a potem jak się przyssie, to się nie odessie od bonga póki nie zezgoni. Tym razem jednak nie dało się zezgonić. Palił i palił, i palił, ściągnął chyba z sześć chmur i było w porządku. Takie to są właśnie Łuski. Delikatne, nie powodujące zgonów, ani kar, dla pizdeczek i zwycięzców, do piwka i do wszystkiego. Polecam!

4 thoughts on “Łuski

  • 8 sierpnia 2017 at 20:43
    Permalink

    :) miło się czytało

    Reply
  • 13 czerwca 2017 at 19:58
    Permalink

    super post ;-) POZDRAWiAM!

    Reply
  • 31 maja 2017 at 18:11
    Permalink

    Słabsze mieszanki nie dla mnie…
    ale tekst przedni :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.