Święta u Łukiego

Nadchodził magiczny czas w domu państwa Mszczyszynów. Łukasz już nie mógł się doczekać na to, co będzie. Ponieważ jeszcze nie wiedział, że w tym roku przeżyje krwawe święta, cieszył się na pierogi z kapustą i grzybami jak głupi. Oj, uwielbiał pierogi z kapustą i grzybami. Mógłby je jeść i jeść, zawsze. Niestety potrawa ta była dostępna w jego domu tylko w ten magiczny czas. Dlaczego? Magiczna i tajemnicza magia świąt kryje w sobie wiele pytań... i bardzo mało odpowiedzi.

Łukasz nie tylko uwielbiał pierogi z kapustą i grzybami. Lubił też pierogi ruskie, które czasami trafiały na stół jako trzynasta potrawa. Bardzo się wtedy cieszył. Matce Łukasza, pani Mszczyszyn-Pizdawa, podobał się apetyt syna. Jednakże nie podobało się jej jedno. - Dlaczego ty żresz ten opłatek, co? Powiedz mi, ile razy mam ci powtarzać żebyś nie żarł opłatka, bo to jest na pieprzone życzenia, a nie teraz żebyś ty się opłatkiem obżerał. Nutellą go sobie jeszcze posmaruj. Boże, jakiego ja głąba wychowałam... Boooożeeee... - denerwowała się na syna, pani Mszczyszyn-Pizdawa. - Mmmmm... Nutellą... Mamy Nutellę? - dopytywał niewyczuwszy ironii w słowach matki, Łukasz. - Debilu! Jaką Nutellę? Do wafli mi jest potrzebna, bo muszę przełożyć... Boże, debilu... Idź mi z kuchni, bo jak pizdnę to zobaczysz. Zobaczysz mroczki przed oczami. Dokładnie dwa. - zagroziła matka. Syn, zwany nierzadko debilem, wyszedł z kuchni, ale nie mógł przestać myśleć o opłatku z Nutellą. - Jakby to smakowało? Może jeszcze nałożyć na to kranczipsy? - zastanawiał się na głos. Łukasz lubił mieszać smaki, bawić się fantazją swojego podniebienia. Kranczipsy uwielbiał dodawać do wszystkiego. Nawet do herbaty, od czasu do czasu. A od czasu do czasu, do pepsi. Natomiast opłatek był dla niego wyjątkowym czipsem. Chrupał, ale jednocześnie nie smakował. Łamał się jak czips, a potrafił rozpływać się w ustach. Ten brak smaku w opłatku intrygował Łukasza. Mógł z opłatkiem zrobić wszystko. - Może nawet smakować jak gówno, jeśli będę tego chciał! - krzyczał rozradowany do lustra, czując boską, twórczą moc względem opłatka. Boskość nie trwała jednak wieczność. W te święta Łukasz miał zejść na ziemię.

Wigilijny poranek państwo Mszczyszynowie rozpoczęli od ubierania choinki. - Debilu, gdzie ty tę bombkę przywieszasz? No zobacz go, Miłosz, zobacz jak on przywiesza tę bombkę. Przecież to trzeba do środka bardziej, a nie na brzegi... ehhh... - denerwowała się matka rodziny. - Ej tam, no Rysia przestań. Dobrze chłopak zawiesza. No może rzeczywiście trochę bardziej do środka mogłoby być, ale... - próbował łagodzić sytuację ojciec rodziny. - Kurwa mać, do środka mówię, tak? Ma być do środka ta bombka i ta też. I proszę nie dyskutować bo wam, kurwa, święta zrobię. Zobaczycie mikołaja jak się na ostrym dyżurze obudzicie. Przyprawię wam barszcz specjalnym składnikiem. Miłością, kurwa mać. DO ŚRODKA TA BOMBKA! - poinstruowała jasno resztę rodziny, głowa rodziny. Rodzina nie była szczęśliwa z wybuchów Ryszardy Mszczyszyn-Pizdawa, ale też się do nich przyzwyczaiła. Wiedzieli, że tylko straszy, że przyprawi im zupę „miłością”. Nie zrobiłaby tego, nigdy. - Mamo, a ja mogę czubek założyć? - zapytała młoda Mszczyszynówna, młodsza siostra Łukasza. - Twój brat go powinien założyć, bo to debil... czubek, znaczy. Ale niech ci będzie. - zgodziła się mama. - Weź ją Miłosz podsadź, niech ona ten czubek założy i niech mi już da święty spokój. Ja jeszcze muszę pierogów dogotować i sałatkę zrobić. Przecież jak wy się wszyscy dosiądziecie do stołu, to żarcia zawsze mało. Jak świnie! Jakby nigdy jedzenia wcześniej nie widzieli... - komentowała w swoim stylu pani Mszczyszyn-Pizdawa. - Aj tam Rysia, apetyt mamy bo tak dobrze gotujesz. - powiedział, jak zawsze taktowny, pan Miłosz. - Już nie kokietuj, nie kokietuj. Bajerujesz, jak tą sąsiadkę spod czwórki. Ty mnie tutaj nie bajeruj. Podsadziłeś ją? Czubek założyła? - z troską pytała o córkę, pani Ryszarda. - Tak. - zwięźle odpowiedział pan Miłosz. - No wreszcie. Już myślałam, że ten koszmar nigdy się nie skończy. Debil zbił tylko trzy bombki. Rekord! Rok temu ile było synku? Piętnaście? Czternaście? - pani Ryszarda wspominała pytaniami poprzednie święta. - Szesnaście. - odpowiedział Łukasz, pamiętając niechlubny wynik. - Oj Rysia, rok temu rozpakowywał to wypadły... teraz nie rozpakowywał i przypadkiem tylko nadepnął... - starał się tłumaczyć wyniki syna, ojciec. - Rozpakowywał i wypadły? Wszystkie? Jak trzeba rozpakowywać, żeby wszystkie wypadły? Hmm? - retorycznie pytała matka. Rodzina zamilkła, bo nie widziała sensu w odpowiedzi. I tak zostaliby skontrowani. Celnie skontrowani. Około dwunastej, koszmar jakim było ubieranie choinki, wreszcie się skończył. Matka mogła wrócić do pierogów i sałatki, ojciec puścił sobie w telewizji komedię z ex-gubernatorem Kalifornii i Austriakiem w jednym, córka poszła do swojego pokoju rysować mało estetyczne, pornograficzne rysunki, a syn – Łukasz - nie mógł przestać myśleć o udoskonaleniu opłatka Nutellą.

Sarkastyczny pomysł matki, przerodził się u Łukasza w obsesję. Jadł już opłatek z wieloma rzeczami. Serem żółtym, masłem i wędliną, serkiem filadelfia i tartare, z kapustą, z grzybami, konfiturą... było tego wiele. Ale do tej pory, nigdy nie wpadł na to, że mógłby go zjeść z Nutellą. - Jak przepyszny musi być opłatek z Nutellą? - zastanawiał się przez każdą minutę swojego życia. Nie miał wyboru. Obsesja to obsesja. Musiał iść do kuchni. – Nie podbieraj mi tego opłatka, powiedziałam. Zawsze musimy kupić kilo opłatka, bo Łukaszkowi nagle zachciewa się żreć opłatek przez całe święta. Człowieku, weź sobie zrób kanapkę, potem będą pierogi, uszka, sałatka, śledzie, to pojesz sobie, a nie teraz łazisz i opłatek podkradasz. Przestań żreć ten opłatek, no. - matka przyłapała syna na podkradaniu opłatka. - Poza tym to jest święte. Poświęcone to nie jest tak do żarcia jak świnia. Tym się dzielimy, kiedy sobie pieprzone, serdeczne życzenia składamy. A nie teraz żresz cały czas. Może ci go jeszcze podgrilluję? - zapytała ironicznie matka, ponownie nie zastanawiając się, że może obudzić u syna obsesję. - Grillowany? Ale w piekarniku, czy w tym naszym grillu elektrycznym? - dopytywał Łukasz, wyciągając błędną puentę z wypowiedzi matki. - W dupie, kurwa mać! Idź mi stąd mówię, nie ma opłatka. Idź se kup opłatek, jak chcesz żreć. Ja tu mam tylko dla rodziny, a nie dla ciebie. Jeszcze do ciotki musimy zabrać trochę na pierwszy dzień świąt, więc wypad od opłatka. - postawiła sprawę jasno pani Mszczyszyn-Pizdawa. - Ty, a właściwie dlaczego nie zmieniłaś nazwiska na moje, tylko masz takie łączone jak rozwódka? - zapytał ni stąd ni z owąd, pan Mszczyszyn, w przerwie na reklamy. - Wkurwiaj mnie dalej Miłosz, to nazwisko łączone nabierze dla ciebie więcej sensu. - ucięła dyskusję pani Ryszarda.

Łukasz w skarbonce miał dwadzieścia sześć złotych. - To spokojnie wystarczy na kilka opakowań opłatka i Nutellę. - pomyślał. - Skąd wezmę grill? Muszę go podgrillować. MUSZĘ! - zastanawiał się i krzyczał jednocześnie. Wyruszył do Tesco z pewnością siebie godną Martina Schmitta, zanim jeszcze kierowca rajdowy Adam Małysz, zakończył jego karierę. Dotychczasową karierę Łukasza, czyli jego błogi stan umysłu, miały zakończyć właśnie te święta. A jaki to był stan umysłu? - Please four pounds and eight pi... Sorry... Proszę mi wybaczyć, pracowałam w Anglii na kasie tyle lat, że już myślę, rozmawiam i nawet pieniądze przeliczam automatycznie po angielsku. Dwadzieścia sześć złotych poproszę. - poprosiła wreszcie zrozumiale dla Łukasza, pani kasjerka. - Proszę. - Łukasz dał wszystkie swoje pieniądze. - Opłatek pan na szybkiego kupuje? Chyba też będę musiała, bo nie pamiętam czy mamy w domu opłatek czy nie? - zapytała pani kasjerka, naiwnie licząc, że Łukasz udzieli jej odpowiedzi. - Rozumiem. - odpowiedział Łukasz, po czym po prostu odszedł. - Proszę pana jeszcze reszta! A nie... czekaj... do zapłaty było 26 złotych... pan dał 26 złotych... A NIEEE! Nie ma reszty! Thank you! To znaczy dziękuję! - kasjerka błyskawicznie skorygowała swoje błędne wyliczenia i podziękowała Łukaszowi za zakupy. To był właśnie błogi stan umysłu Łukasza. Nie mówił za dużo. Gdyby tylko mógł nie mówiłby wcale. Niestety ludzie używają mowy do komunikacji, więc wolał to, niż naukę języka migowego. Jego umysł przyciągał przeciwności. Gadatliwe kasjerki w Tesco, gadatliwą matkę, siostrę z ADHD i nadpobudliwością seksualną oraz ojca, którym spokojnym tonem mógłby godzinami opowiadać o tym, jaki to on jest spokojny. A Łuki? Nic, cisza i myśli krążące wokół kolejnego posiłku. Jego kolejną zdobyczą wśród tęczy potraw, był opłatek. Nawet nie słuchał pani kasjerki z Tesco, kiedy ta chciała mu wydać resztę. Miał przecież 26 złotych i kupił tyle opłatka oraz tyle Nutelli, ile miał pieniędzy. Dlaczego miałby kupić mniej? Natomiast więcej nie sprzedają za 26 złotych. Odpowiedź więc była jedna: 26zł = opłatek & Nutella. Do domu wracał opętany myślą o nożu. Potrzebował noża do posmarowania opłatka Nutellą. - A może uda się posmarować bez noża? - zadawał sobie pionierskie pytania.

Po powrocie do domu, Łukasz tworzył prawdziwe dzieło w swoim pokoju. Z dala od oczów najbliższych, udoskonalał smak czipsa bez smaku o smaku Nutelli. - Dorzucić pogniecione kranczpisy? - zastanawiał się intensywnie. - Co jeśli brak smaku w opłatku odbierze również smak Nutelli? Może opłatek odbiera smak?! Może lepiej dodać kranczipsy dla pewności smaku? Jak już Nutella straci smak przez opłatek, to kranczipsy tak szybko nie stracą smaku i opłatek może mi naskoczyć! Haaa Haaa! - tego dnia Łukasz był z siebie dumny jak nigdy. Poczuł w sobie boga. Zadawał pytania, na które odpowiedzi były proste. Jako, że proste jest najlepsze to i Łukasz, obdarzony swą prostą inteligencją, znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytania. Połączenie opłatka z Nutellą i mieszanką pogniecionych kranczipsów nie usatysfakcjonowała Łukasza. Wolał prostszy smak. Prostszy, ale doskonały. Usatysfakcjonowało go, że opłatek nie odbiera smaku Nutelli. Smakował mu taki czips z Nutellą, ale czegoś brakowało. Opłatek nasiąkał zbyt szybko Nutellą i miękł, zamiast się łamać. Sposób na to, dostał w ukrytej między wierszami, wiadomości od matki. Grillowanie nie zajęło długo. Łukasz szybko skradł się do kuchni, kiedy matki tam nie było, po czym użył grilla elektrycznego. Oczy świeciły mu się niczym nowonarodzonemu, kiedy patrzył na wijący się od temperatury opłatek. Falował. Falował niczym fale na morzu, przez co piękniał w oczach Łukasza. Ugrillowany był bardziej suchy, przez co nie nasiąkał szybko Nutellą. Opłatek stawał się doskonały. - Dosyć! Wystarczy. - krzyknął z podniecenia Łukasz, kiedy opłatek był już gotowy. Jeszcze tylko posmarować Nutellą i... - Jestem bogiem! - Łukasz wykrzyczał na całą kuchnię, rozradowany stworzonym przez siebie smakiem. - Co ty tam krzyczysz, debilu? Ty mi tam nie podżeraj opłatka, bo cię pieprznę w końcu. Zobaczysz. - odpowiedziała na objawienie syna, siedząca w pokoju matka. Łukasz nawet nie słyszał pytania i groźby matki. W amoku stwórcy poszedł do swojego pokoju, napawając się chwilą, albowiem stworzył coś oryginalnego. Niczym sam stworzyciel.

Wigilijna aura rozsadzała mieszkanie Mszczyszynów. - KUUUURRRRWWWAAA! Miłosz do huja pana! Cała sałatka psu w dupę?! Nie potrafisz donieść do stołu w misce? Musisz upuścić? No musisz, kurwa, nie umiałbyś żyć gdybyś nie spierdolił świąt, prawda? Rok temu karp. Cały, usmażony do kosza, bo wdepnąłeś w talerz! Teraz sałatka, a robiłam ją z przepisu matki. Pierwszy raz! Za rok przyjdź do domu z pistoletem i powystrzelaj wszystkie potrawy po kolei! Co będziesz pojedynczo rozpierdalał? Wszystkie rozpierdol! - zdenerwowana pani Ryszarda, informowała swojego męża o swoim zdenerwowaniu. - Oj tam kwiatuszku... - rzekł pan Miłosz, po czym wziął widelec i spróbował z ziemi sałatki żony. - Pyszna! - ocenił. - No gdzie z podłogi żresz? No jak świnie, jak tylko jedzenie zobaczą... Idź stąd, już mi nic nie pomagajcie, ja wszystko poprzynoszę. Spadać! - zarządziła głowa rodziny. Magia dobrego słowa jednak i na nią podziałała w te święta. Jak tylko rodzina wyszła z kuchni, rumieniec pojawił się na polikach pani domu. Ocena męża, który zjadł jej sałatkę nawet z podłogi, połechtała miejsca w ciele pani Ryszardy, które już dawno nie zostały połechtane. Tajemnicza magia świąt trwała. Do czasu... - Dobra, prezenty później i śpiewanie też za chwilę. I żarcie też za chwilę, deb... Łukasz! - przywoływała do porządku syna i resztę rodziny, pani Ryszarda. - Teraz opłatek i życzenia. - zarządziła szefowa. Pierwsi, opłatkiem połamali się ojciec z córką oraz matka z synem. - Wszystkiego najlepszego, córeczko. - oryginalnie życzył córce, kochający ojciec. - Wszystkiego najlepszego, tato. - odpowiedziała równie oryginalnie córka. - Wszystkiego dobrego i najlepszego, mamo. - Łukasz zaskoczył matkę tymi życzliwymi życzliwościami. - Synku, tobie też dobrego i najlepszego, a przede wszystkim zdrowia. Żeby ta twoja głowa wyzdrowiała kiedyś. - pani Ryszarda wyłamała się z nieszablonowości reszty rodziny i do życzeń dorzuciła „zdrowie”. Reszta rodziny chyba podłapała to dobre życzenie, ponieważ kolejne pary wymieniające się życzeniami, składały sobie jakże szczere, jakże oryginalne i jakże przemiłe: „Wszystkiego najlepszego i dużo zdrowia.”. Jakby zdrowie nie było najlepsze, prawda? Te szczere i oryginalne życzenia spowodowały rzecz niezwykłą w ten tajemniczy i magiczny dzień u państwa Mszczyszynów. Życzenia zabarwiły powietrze na zielono-żółto, a opłatki zaczęły rosnąć do gigantycznych rozmiarów 2,20m! Gigantyczne opłatki dostały od zielono-żółtego powietrza nóg i rąk oraz oczy i buzię. Mogły biegać, mogły mówić i mogły użyć rąk. A nie były przyjaźnie usposobione. - Cały rok, kurwa mać, dajecie nam spokój! Cały rok nic nam nie robicie, ale raz do roku musicie nas wszystkich połamać i zżerać do życzeń, które wypowiadacie jak umysłowo chorzy! Dosyć tego! - zarządził słownie, szef gangu olbrzymich opłatków. Pozostała czwórka zgadzała się z nim kiwając przytakująco opłatkowymi głowami. Rodzina Mszczyszynów była w szoku. Gigantyczne opłatki? Które mówią i używają kończyn? Przecież takie rzeczy tylko w kinach, a nie w Polsce... i to jeszcze w Wigilię. Nie mieli jednak czasu o tym rozmyślać. - Wy łamiecie się nami od setek lat?! To teraz my, połamiemy się wami! - zarządził szef gangu opłatkowego. Na pierwsze łamanie poszła młodsza siostra Łukasza. Dwa olbrzymie opłatki, połamały ją niczym plastikową klamkę od drzwi w seacie. Bez problemu. Krew lała się niczym wódka w sejmie. Wszędzie. Biały sufit u państwa Mszczyszynów, nie był już biały. Był czerwony z białymi akcentami. Ściany również. Flaki Łucjany – bo tak jej było na imię – ozdobiły, niedawno kupiony, dywan w salonie. Paznokcie zaczęły odpadać. Tak, to były tipsy. Miała 13 lat, a już nosiła tipsy. Kim mogłaby zostać, jak wielką postacią, gdyby dwa gigantyczne opłatki nie zakończyły jej życia? Fruwająca głowa Łucjany zakończyła pierwsze łamanie. - Dawaj teraz tego huja! - krzyknął szef opłatkowego gangu, wskazując pana Miłosza. - Ej panooowie, ja to nawet szczerze tych życzeń nigdy nie składałem. Może możemy się dogadać? - sprytnie zaproponował ojciec rodziny. - No to w takim razie teraz zginiesz za kłamstwo! - celnie spuentował próbę dogadania się, szef gangu olbrzymich opłatków. Flaki pana Miłosza pokryły całą podłogę w pokoju. Wraz z flakami córki tworzyły makabryczną mozaikę. Dramat rozgrywał się w domu państwa Mszczyszynów. Prawdziwy dramat. Kiedy rzucane na lewo i prawo nogi pana Miłosza, o mało nie trafiły w głowę pani Ryszardy, ta zaczęła się pomału wkurwiać. Tymczasem z ojca rodziny nie było już co zbierać. Paleta barw jego wnętrzności oraz kawałki ciała wtopiły się w scenerię pokoju państwa Mszczyszynów tak, że już nikt nigdy tego nie doczyści. - Teraz ty sadystyczna świnio! Resztę jeszcze rozumiem, bo krzywdzili nas nieświadomie, życząc sobie wymyślonych i nieprawdziwych życzeń. Ale ty... Ale ty jesteś sadystą! Naszego przyjaciela w grillu spalić?! Jeszcze go potem gównem wysmarować?! I na końcu zjeść?! Ty mały zboku... - szef gangu opłatkowego osobiście rzucił się na Łukasza. Tego było już za wiele dla pani Mszczyszyn-Pizdawy. Resztę rodziny mogli połamać jak chcieli, ale jej ukochanego debila nie mieli prawa ruszać.

Szef gangu gigantycznych opłatków nie docenił przeciwnika. Kiedy pani Ryszarda wściekle stanęła w obronie syna, ten tylko uśmiechnął się z politowaniem. Nie wiedział, że wraz ze wzrostem, oczami, buzią i kończynami urosły mu też męskie narządy płciowe. Jeden kop w opłatkowe jaja wystarczył by w oczach opłatka pojawił się zez, a z buzi wydobyło się gromkie: O kurwa, auuuaaa! Jeden do zera dla pani Ryszardy. Przestraszeni możliwością doświadczenia bólu, ziomkowie szefa gangu z gangu olbrzymich opłatków, zaczęli się zastanawiać, czy lepiej nie spierdalać. To zawahanie było ich końcem. Jeden, który rzucił się do ucieczki, został dogoniony przez panią Ryszardę, która roztrzaskała mu opłatkową głowę o krawędź wigilijnego stołu. - Masz, kurwa, miejsce dla niezapowiedzianego gościa! - pozdrowiła przed śmiercią zmutowanego opłatka, pani Ryszarda. Koledzy denata, widząc jak pani Mszczyszyn-Pizdawa dogoniła ich kolegę, nawet nie zamierzali się ruszać. Wryci w ziemię ze strachu, wykrzyknęli tylko błagalne: To ich wina, to nie my! Pani Ryszarda nie chciała jednak słuchać błagalnych tłumaczeń. Jednego udusiła flakami własnego męża, a kolejnych flakami tego poprzedniego. Nie mieli szans kiedy wściekła matka rzuciła im się do gardeł. Jatka się skończyła. Rodzina uratowana. No, połowa rodziny. Łukasz, przerażony tym co się stało, zgłodniał. Ale wcale nie miał ochoty na opłatek. - Już nigdy więcej opłatka! - krzyknął wtedy stanowczo, nie znając jeszcze przyszłości.

Wywiadom nie było końca. Pani Mszczyszyn-Pizdawa występowała jako bohaterka we wszystkich telewizjach, opowiadając jak pokonała olbrzymie, zmutowane opłatki. Na jej szczęście, miejski monitoring wszystko nagrał i nie tylko nie posadzili jej za zabójstwo męża i córki, ale nawet odznaczyli. Odznaczyli ją medalem za Obronę Świata przed Mutantami. Dołączyła tym samym do wąskiego grona laureatów medalu OŚpM, w którym byli: Godzilla, Kapitan Planeta, Power Ranger (czerwony), Żółw Ninja Donatello, MacGyver, James Bond oraz Barack Obama. Pani Ryszarda miała wszystko. Brak wkurwiającego męża i głupiej córki, która zaciążyłaby jeszcze przed piętnastką, sławę, bogactwo oraz nominację na króla swojej miejscowości. Jej fani wymyślili nawet dla niej tytuł: Król Ryszarda. Podobało jej się to. Niestety nie miała jednego. Kochanego syna, który po przebyciu wigilijnej traumy, szukał dniami i nocami jak może wrócić do jedzenia swojego ulubionego czipsa, nie wspominając makabrycznych wydarzeń z 24go grudnia. Gdzieś na forum dowiedział się, że i w Afryce żyją chrześcijanie, którzy obchodzą Wigilię i łamią się opłatkiem... czarnym opłatkiem. - Czarny opłatek nie przywoływałby złych wspomnień. - wnioskował Łukasz. Po za tym kusiła go wizja czarnego opłatka... z grilla... z Nutellą. - Czy w Afryce mają Nutellę? - zapytał gdzieś na forum. Nie dostał jednak odpowiedzi. Zniecierpliwiony jej brakiem, ruszył na poszukiwanie czarnego opłatka, wykorzystując bohaterskie pieniądze matki. I tak słuch po nim zaginął.

Morał oczywisty w tej historii się kryje. Jeśli chroni cię matka, to nic cię nie zabije.

10 thoughts on “Święta u Łukiego

  • 19 lutego 2016 at 10:54
    Permalink

    skad ty bierzesz takie pomysly XD hehe dobre dobre czekam na wiecej historyjek :)

    Reply
  • 12 stycznia 2016 at 19:24
    Permalink

    Mega pojebany pozytywnie text ;D

    Reply
  • 28 grudnia 2015 at 10:44
    Permalink

    heheeheheheheeh matka najlepsza :D

    Reply
  • 21 grudnia 2015 at 02:04
    Permalink

    Świetny humor. Lekko się czyta i nie można się nie śmiać. Brawo! ;-)

    Reply
  • 19 grudnia 2015 at 14:29
    Permalink

    GDZIEŚ NA FORUM – dobre :-D

    Reply
  • 19 grudnia 2015 at 13:08
    Permalink

    :D :D :D jak zawsze bardzo dobry tekst! ;P

    Reply
  • 19 grudnia 2015 at 10:01
    Permalink

    Kurwa Dżesi, jesteś mistrzem :D przeczytane jednym tchem – uwielbiam Twój styl pisania. Wesołych świąt i owocnej walki z nałogiem dla wszystkich :D

    Reply
  • 19 grudnia 2015 at 06:53
    Permalink

    Historyjka jak do trudnych spraw albo innej ukrytej prawdy.. ciekawy pomysł.. ale jedno jest pewne: nie jesteś do końca normalny :P

    Reply
  • 18 grudnia 2015 at 23:07
    Permalink

    mój ojciec się tak drze jak ta matka! serio! ale też się przyzwyczailismy ze tak ma.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.