Szokujący wywiad ze Świętym Mikołajem

Wywiad z Mikołajem publikowany w lipcu? Niby dziwnie, ale dobrze wiecie, że to nigdy nie była i nie będzie normalna strona. Tak więc proszę nie marudzić, tylko czytać, bo materiał jest iście szokujący!

Wywiad miał ukazać się w grudniu 2016, ale nastąpiły pewne opóźnienia. Tuż przed Bożym Narodzeniem wyruszyłem na spotkanie ze Świętym Mikołajem do Japonii. Wsiadłem w PKP Pendolino na linii Warszawa-Tokio i pociąg dowiózł mnie do celu w godzinkę. Na miejscu zapytałem jednego z przechodniów, gdzie znajdę Mikołaja? Niejaki Yoshi uprzejmie poinformował mnie, że Święty mieszka w Laponii, a nie Japonii. Tak, pomyliłem się. To wszystko przez to, że moi rodzice niewyraźnie mówią. Matka specyficznie sepleni, a ojciec jakoś tak dziwnie pół-chrząka, pół-parska, że nie wiadomo czy coś powiedział, czy kaszlnął. Jako dziecko, jak spytałem gdzie mieszka Mikołaj, to matka zasepleniła, ojciec coś chrząknął i zrozumiałem, że w Japonii. Masakra jakaś, bo okazało się, że każdego roku wysyłałem listy z prośbą o prezenty do Tokio Hotel. Niestety na podróż do Laponii nie miałem już czasu, bo musiałem wrócić do siedziby fundacji żeby dopilnować „prezentów” dla Was.

Zaraz na początku stycznia wyruszyłem więc do Laponii, żeby wreszcie porozmawiać z pociesznym, białobrodym gwiazdorem kokakoli. PKP Pendolino na trasie Kołobrzeg-Laponia dowiózł mnie na miejsce w godzinkę. Na dworcu w Laponii od razu zamówiłem Taxi Sanki i pojechałem prosto do Świętego. Kiedy zapukałem do drzwi, otworzyły mi Pani Mikołaj w towarzystwie Pani Elf.

Pani Mikołaj w towarzystwie Pani Elf

Jak już podniosłem opadniętą szczękę z ziemi, to zapytałem czy jest Mikołaj, a one na to, że Mikiego już dawno nie ma w domu. On w Laponii przebywa tylko oficjalnie, a tak naprawdę przez cały rok jeździ po świecie i sadza sobie obce dzieci na kolanach. Dowiedziałem się, że akurat teraz wyjechał do Japonii. „No co za pierdolony, siwy grubas.” – pomyślałem, jak to usłyszałem. Pojechałem znowu do Tokio. Z Laponii nie jeździ PKP Pendolino, więc wziąłem pospieszny PKS i do Japonii dotarłem po dwóch godzinach. Na miejscu ponownie spotkałem Yoshiego, który uprzejmie poinformował mnie, że rzeczywiście Mikołaj był, ale wczoraj wyjechał. No jak się wtedy wkurwiłem, to nigdy mnie tak wkurwionego nie widzieliście. Z mikołajowego fejsbuka dowiedziałem się, że Święty pojechał sadzać dzieci na kolanach na Wyspy Kanaryjskie. Jeździłem za brodatym grubasem od grudnia i pomału traciłem nadzieję, że go złapię. Wyglądało na to, że z wywiadu nic nie będzie. Kasa na bilety powoli się kończyła, więc z Tokio pojechałem na Wyspy Kanaryjskie zwykłym PKP Regio. W przedziale usiadłem obok niezwykle uprzejmego pana, który poczęstował mnie wysokoprocentowym alkoholem, a na zapitkę podał niskoprocentowy alkohol. Porozmawialiśmy sobie o spisku masońskim i że opłaty coraz droższe i tak nam podróż miło zleciała. Bardzo uprzejmy człowiek, wziął dużo alkoholu na drogę, wspominam go z sentymentem. Dworzec na Wyspach Kanaryjskich mieści się na środku plaży. Kiedy opuściłem peron od razu zobaczyłem jak kulula się on. Miki toczył się po plaży, pijany jak świnia, klepiąc po pupach wszystkie napotkane laseczki. Dodatkowo jedyny worek jaki miał przy sobie, nosił w majtkach... i chętnie majtał nim publicznie. Widząc jak nietrzeźwy Mikołaj kołysze swoim workiem przed turystami, skręciłem świeczkę z Huraganu i zjarany jak szmata wyruszyłem po wywiad. Dlaczego tak wytrwale jeździłem za Mikołajem? Jaka naprawdę jest gwiazda kokakoli? Czy otyłość u białobrodego pana jest genetyczna, czy po prostu za dużo żre? Zapraszam do lektury.

Dżesi: - Witaj Mikołaju! To niezwykle ekscytujące spotkać cię na żywo. Czy mogę prosić o...
Święty Mikołaj: - Ta, ta, ta. Bez zbędnych ceregieli, bo jestem na wakacjach. Usiądź mi na kolanach i powiedz czego chcesz.
D: - Chciałem prosić o wyjaśnienie pewnej sytuacji.
ŚM: - Ło kurwa... Tyś z Urzędu Skarbowego? Ja te prezenty dla innych dostaję za darmo i nie mam na nie faktur. Ten popularny sklep z zabawkami na fińskim ebayu to nie mój! Już tłumaczyłem, że nie sprzedaję zabawek, które mam na darowizny. Ktoś musiał mi podkraść worek spod choinki i wstawić wszystko na ebaya. Może któryś z elfów?! Elfy są zdradzieckie! Przesłuchajcie elfy!
D: - Spokojnie, nie jestem ze skarbówki. Chodzi o moje listy do ciebie...
ŚM: - Ufff... no to luzik. Jeśli chodzi o listy, to czyta je Pani Mikołaj, a jeśli potrzebujesz jakiejś konkretnej zabawki, to niestety, już jest po świętach. Napisz list i może za rok, jak będziesz grzeczny, przywiozę ci wymarzony prezent. W międzyczasie polecam sklep SantaCollection na fińskim ebayu. Ponad tysiąc rodzajów zabawek i z roku na rok oferta rośnie!
D: - No właśnie w prezentach problem. Pozwól, że wyjaśnię o co mi chodzi. Otóż od małego piszę do ciebie listy z prośbą o różne podarki. Nie jestem i nigdy nie byłem jakoś bardzo pazerny, ani zachłanny. Kiedy inni chcieli PS3, to ja chciałem PS2. Jak inni chcieli najki z nowej kolekcji, to mi wystarczyły najki z poprzedniej kolekcji. Ja zawsze tak pokornie, po jezusowemu, mniej sobie, żeby innym wystarczyło. I mimo wszystko, prezenty jakie mi dostarczałeś, znacząco odbiegały od tych, o które prosiłem. Czy ja całe życie byłem niegrzeczny? Uwziąłeś się na mnie? Obraziłem cię jakoś? O co chodzi, że moi wszyscy koledzy dostawali komputery, a ja skarpetki? Dlaczego inni każdego roku grają w nową Fifę, a ja ciągle gram w starą Fifę w nowych skarpetkach? Z jakiej paki, ten gnój Rymańczak, który wszystkich bił na podwórku, co roku dostawał pod choinkę nowe najki, a ja... skarpetki?! Nigdy nikogo nie pobiłem na podwórku i co? Skarpetki? Coś jest nie tak... Może pomyliłeś prezenty Rymańczaka z moimi i źle zaniosłeś?
ŚM: - Eee... Ty na poważnie?
D: - No a kurwa na niby? Ze skarpetek sobie żartuję? Znasz jakiś dobry żart o skarpetkach? Bo ja nie. W pierwszym liście jaki do ciebie napisałem, poprosiłem o klocki lego. Dostałem majtki z logiem klocków lego. Pomyślałem wtedy „może coś źle przeczytał, może nie doczytał, wybaczam, bo są święta”. Za rok napisałem kolejny list, gdzie sprecyzowałem „proszę o statek kosmiczny z klocków lego. Nie majtki!” i dostałem... skarpetki. Pomyślałem „no dobra, niech mu będzie. Majtki to nie są. Wybaczam, a za rok starzec może dokładnie doczyta, czego potrzebuję”. Od tego momentu zacząłem kserować swoje listy, żeby mieć dowód, że z tobą jest coś nie tak. Proszę bardzo, tutaj dowody. (w tym momencie podsuwam Mikołajowi cała stertę listów, których autentyczność potwierdzona jest notarialnie)
ŚM: - I tak cały czas pisałeś do mnie o te klocki lego?
D: - Oczywiście, że nie! Ale ich też nigdy nie dostałem! Moje potrzeby z czasem się zmieniały, ale ty pozostawałeś nieugięty w swoich podarkach. Na przykład to jest list jak miałem szesnaście lat i proszę w nim o trzydziestosześcioletnią kochankę. Co dostałem? Skarpetki i szampon przeciwłupieżowy. Tutaj kolejny list, jak miałem dwadzieścia sześć lat i proszę w nim o szesnastoletnią kochankę. Co dostałem? Skarpetki... i to o dwa numery za małe. Inny przykład: w wieku dwudziestu lat piszę do ciebie, że potrzebuję samochodu-wabika na lachony, a ty mi przynosisz skarpetki w samochodziki. Lachony mają polecieć na skarpetki z samochodzikami? Normalny jesteś?!
ŚM: - Ziomuś, to nie tak działa. Ja nie wiem, czy ci rodzice nie powiedzieli, czy...
D: - Właśnie powiedzieli i to aż za dużo. Jak zaczęli seplenić i chrząkać, to poleciałem za tobą do Japonii. Nie ma co mieszać w to moich rodziców. Gdzie są, kurwa, moje prezenty? Rymańczak dostawał wszystko co chciał, a bił wszystkich cały czas.
ŚM: - Po co poleciałeś do Japonii? Przecież mieszkam w Laponii.
D: - Pomyliłem się. Sęk nie w tym! Gdzie są moje prezenty? Czy ma je Rymańczak? Jemu zanosiłeś moje prezenty?
ŚM: - Dżesi, posłuchaj. To może być dla ciebie szok, ale to nie ja dostarczam prezenty.
D: - Ta, jasne. Wymiguj się teraz niczym listonosz co niby wrzucił polecony do skrzynki, a wcale go tam nie ma. Jak nie ty doręczasz prezenty, to ciekawe w jaki sposób nagle, w magiczny sposób znajdują się pod choinką?
ŚM: - Twoja rodzina kupuje prezenty, potem odwraca twoją uwagę jakimś głupim pretekstem i podkłada prezenty pod choinkę.
D: - Ta, jasne. Niby te wszystkie lata skarpetek, to sprawka mojej sepleniącej mamy, lub mojego chrząkająco-parskającego ojca?
ŚM: - Tak. Jeśli rodzice są skąpi, to tłumaczą dzieciom, że Mikołaj widział, że były niegrzeczne i dlatego pod choinką znalazł się hujowy prezent. Sorry, bitch.
D: - Rzeczywiście, tak zazwyczaj mówili. „Mikołaj pewnie widział jak oglądałeś sprośne gazety, dlatego teraz masz hujowy prezent.” - chrząkał ojciec w każde święta.
ŚM: - Sam widzisz. Zwalają na mnie fakt, że chcą przysępić kasę na prezencie dla dziecka. Typowe. Ale żeby ci przez tyle lat klocków lego nie kupić? Wyjątkowe sępy.
D: - Czekaj, czekaj. Niech to sobie wszystko poukładam. Co roku wysyłałem list do Tokio Hotel po to, żeby moi rodzice wiedzieli co chcę na prezent, żeby potem... kupować mi skarpetki? To chore.
ŚM: - Dlaczego pisałeś do Tokio Hotel? Czemu Bill Kaulitz miałby przynieść ci prezenty?
D: - Pomyliłem się. Sęk nie w tym! Dlaczego po prostu nie dali mi rózgi? Mógłbym się poprawić... jakoś zareagować...
ŚM: - Wyrafinowani sadyści, rozumiem cię stary. Typowe zachowanie rodziców, którzy wolą przysępić na dobru dziecka, niż wejść na SantaCollection i kupić coś porządnego. Pytasz dlaczego nie rózga? Psychologiczna zagrywka. Gdyby dali ci rózgę, to byś się postarał przez kolejny rok i musieliby ci kupić coś porządnego. Skarpetki, majtki, tanie kosmetyki oraz słodycze zachowują status quo. Niby nie byłeś niegrzeczny, niby coś dostałeś i teraz nie możesz narzekać na brak prezentu. Za rok rodzice znowu uderzą prezentem-skarpetką, status quo będzie trwał i przez lata uda im się przysępić trochę pieniędzy na prezentach dla ciebie. Przestępstwo doskonałe. Mają cię.
D: - Nie... nie wierzę. Sepleniąca matka i chrząkający ojciec nie mogliby mnie oszukać... Nieee... A bocian, kapusta i dzieci?
ŚM: - Serio pytasz?
D: - Bociany też nie istnieją?!
ŚM: - Bociany istnieją, kapusta i dzieci też. Jednakże ich połączenie nie występuje w przyrodzie w sposób naturalny.
D: - To kapusta przynosi dzieci do bociana, czy dzieci przynoszą bociana do kapusty?
ŚM: - Ufff... o tym innym razem. Jedna rzecz naraz. Dżesi, Mikołaj przynoszący prezenty pod choinkę nie istnieje. Za smutek i rozpacz dzieci z powodu nietrafionych prezentów, odpowiadają wyłącznie rodzice.

Zapadła niezręczna cisza. Trudno było mi się pozbierać po tej informacji, że Mikołaj nie istnieje. Skręciłem świeczkę z Niebieskiego i odpaliliśmy ją z Mikołajem. Trwała zaduma, po czym wznowiliśmy wywiad.

D: - To w sumie o co chodzi z tą długą brodą, otyłością, czerwonym kostiumem i Japonią?
ŚM: - Japonią?
D: - Laponią! Kurwa mać, w Finlandii mieszkasz, wiesz o co chodzi.
ŚM: - Tylko się droczę. Na serio pojechałeś do Japonii na spotkanie ze mną? Ho, ho, ho. (Mikołaj zaśmiał się w swoim stylu, ściągnął hita z niebieskiej świeczki, po czym zaczął wyjaśniać.) Sprawa jest o tyle prosta, co skomplikowana. Za młodu ukończyłem studia podyplomowe na uniwerku fińskim na wydziale filozofii i geologii fińskiej. Wiedziałem, że po tym kierunku nie będzie roboty. Skąd wiedziałem? Bo wszyscy, którzy dotychczas skończyli ten kierunek wylądowali na bezrobotnym. Na początku na bezrobotnym jest fajnie. Nic nie musisz robić, możesz wstawać i chodzić spać, o której chcesz oraz dużo grać na komputerze. Dopóki są zasiłek i oszczędności, to jest zajebiście. Gorzej, kiedy zaczyna brakować pieniędzy na alkohol i inne niezbędne rzeczy. Kiedy Finowi brakuje pieniędzy na alkohol i inne niezbędne rzeczy, to ten zazwyczaj idzie się zabić do pobliskich lasów, których jest u nas pod dostatkiem. Mnie też pomału brakowało pieniędzy na niezbędne rzeczy, więc zacząłem rozmyślać o pobliskim lesie. Wpadłem w depresję, bardzo utyłem, przestałem się golić, a ze stresu posiwiałem. Wtedy pomocną dłoń wyciągnął do mnie wujek pracujący jako general manager w kokakoli. W firmie potrzebowali kogoś takiego jak ja: otyłego, zarośniętego, z depresją. Potrzebowali wiarygodnej postaci, która sprzedałaby ich produkt innym otyłym, zarośniętym i w depresji. Zaoferowali mi worek pieniędzy, a w zamian za to musiałem zamieszkać gdzieś na wypizdowiu, ubrany w czerwone kimono. Nie musiałem się golić, nie musiałem schudnąć, nie musiałem nic robić i dostawałem za to pieniądze. Kto nie przystałby na taką ofertę? Mogłem pozostać bezrobotnym fińskim filozo-geologiem, albo stać się światowym celebrytą. Po kokakoli, dobijały się do mnie fanta, pepsi, a nawet wasze, polskie frugo. Wszyscy chcieli, żebym reklamował ich napoje. Najlepsze marki wódek wysyłały mi swoje produkty całymi skrzynkami. Ach, co za życie. Bywały lata, że większość czasu kursowałem swoimi saniami tylko między monopolowym i posiadłością Playboya. Każdy króliczek chciał zostać Panią Mikołaj. A ja każdego króliczka hops na kolanka i „spełniałem życzenia”. No co za życie... mówię ci Dżesi. Ty ze swoją śmieszną fundacyjką to poruchasz tyle, co ja między jednym kursem od Hefnera do CePeeNu. Ilu ja piłkarzy i aktorów woziłem po pijaku w saniach... człowieku... co Travolta i Messi wyprawiali na siedzeniu pasażera, to nie chcesz wiedzieć. Jak mi Tom Cruise obrzygał całą deskę rozdzielczą, to akurat paparazzi z faktu cyknął fotkę. Jak się Tom wkurwił i go Rudolfem poszczuł, to paparazzi tak się zestrachał, że sam kliszę zeżarł i fotka nigdy nie została opublikowana. Domyślasz się chyba, że z Rudolfem nie ma żartów. On ciągle chleje i już mu styki puszczają. Jak chcesz komuś nogi połamać za długi, to bierz Rudolfa. Ten renifer nie pierdoli się w tańcu. Co ci będę, Dżesi, więcej opowiadał. Śnieg, wóda, prezenty, renifery i króliczki. To jest moje życie, moja jazda. Ja nie oceniam ciebie, ty nie oceniaj mnie. Peace.

W tym momencie Mikołaj wstał od stolika, przy którym przeprowadzaliśmy wywiad i powiedział, że musi już iść. Wzywały go obowiązki reklamowe. Dopytałem więc na koniec: - Czy ta otyłość u pana jest genetyczna, czy po prostu za dużo pan żre? - Genetycznie mam tak, że lubię dużo zjeść. - skwitował Miki, po czym pokululał się na plan zdjęciowy.

Po wywiadzie wróciłem do Polski. Wsiadłem w Ubera i z Wysp Kanaryjskich do Warszawy dojechałem w godzinkę, za niecałe 18 złotych. Wiem, że wielu z was ma teraz ciężki moment. Prezenty pod choinką nie są od Mikołaja? A jednak. Fakty mówią same za siebie, a Mikołaj po pijaku wygadał się jak jest naprawdę. Długo zastanawiałem się czy publikować ten wywiad, bo nie chciałem was dołować. Ale każdy ma prawo znać prawdę! Prawdę, że jest masoński spisek, prawdę że są uprzejmi ludzie, którzy poczęstują alkoholem za darmo, prawdę że ceny opłat rosną i prawdę, że za wszystkie skarpetki pod Waszą choinką odpowiada Wasza rodzina, a nie otyły Fin w czerwonym kimono. Przekażcie dalej, prawda musi zwyciężyć!

 


Gdybyście, tak jak ja, chcieli pojeździć za Mikołajem do różnych krajów, w różne ramy czasoprzestrzenne i to wszystko bez wychodzenia z domu, to zapraszam po raz kolejny po Trypcię. Obecny sort zrobiłem na analogu Hometa, czyli tripy do Mikołaja, Dziadka Mroza i Zordona gwarantowane. Apropos, wywiad z Zordonem zrobię jak tylko kolesia złapię. Jeżdżę za nim od tygodnia, pytałem Pałer Reńdżersów gdzie jest, a oni na to „spytaj Mikołaja z Japonii, ha, ha, ha”. Gdybym tylko miał taki elegancki zegarek, przez który mógłbym kontaktować się z Zordonem... Chyba poproszę o taki pod choinkę...


 

5 thoughts on “Szokujący wywiad ze Świętym Mikołajem

  • 7 sierpnia 2017 at 17:23
    Permalink

    Normalny to Ty nie jesteś ;D

    Reply
  • 30 lipca 2017 at 15:53
    Permalink

    Świetny blog !! Towar też niczego sobie ;0
    będę zaglądał , pozdrawiam !

    Reply
  • 27 lipca 2017 at 21:07
    Permalink

    Jakby Bill Kaulitz w swoim makeupie i ze swoją fryzurą przyniósł mi prezent w święta, to bym się chyba osrał ze strachu. Już wolę skarpetki od starych…….

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.