THE NARCOMAN: THE POCZĄTEK

BOISKO DO KOSZYKÓWKI PRZY ULICY RUMUŃSKIEJ, WIEŚ SZYPLISZKI

- No rzucaj! Rzucaj kurwa! Jak masz wolne miejsce, to rzucaj za trzy! Kurwa mać, na huj kombinujesz z tymi swoimi koślawymi zwodami? Kto się na nie nabierze?! Chyba tylko twoja stara. Paralityk jebany... Czyste pole do rzutu, a ten stracił piłkę... No co za kaleka... - na boisku bez trudu dało się usłyszeć podniesiony głos. - Wyluzuj Marcin, to tylko gra. - próbował uspokoić sytuację jeden z graczy na boisku. - No jak przegrywasz to dla ciebie to tylko gra, więc jak lubisz przegrywać to spierdalaj z taką pocieszką. Ja wolę wygrać. Kaleka-paralityk złazi z boiska. Co mu podam to kutas traci piłkę, a jak on mi podaje, to zawsze ktoś przechwyci. Nie będę grał ze „specjalnymi” w swoim składzie. Wypierdalaj z boiska! „Mały” wchodzisz za paralityka. - Marcin poinformował wszystkich o zmianach w składzie. Zacięty mecz toczył się dalej, a Grzegorz Maczan, zwany przez Marcina „kaleką-paralitykiem”, zasiadł na ławce obok boiska, by przyglądać się koszykarskim wyczynom swoich kolegów. Co prawda, Marcin dalej pokrzykiwał na pozostałych, że rzucają „jak jacyś niedojebani”, ale nie było już w tym tyle agresji. Nie wyrzucił z boiska nikogo więcej. Mecz trwał, a Grzegorz zastanawiał się, czy może rzeczywiście nie lepiej było rzucić za trzy i nawet spudłować, niż kombinować ominięcie przeciwnika zwodem, kozłując koślawo piłkę między własnymi nogami. Smutno było Grzegorzowi, że wykluczono go z gry i nie zapowiadało się na to, że prędko wróci na boisko. Jego zmiennik, czyli „Mały”, trafił dwie „trójki” pod rząd i Marcin nawet przybił mu „piątkę”. Czas Grzegorza w tym meczu mijał, a on sam czuł, że może już nigdy więcej nie pojawić się na placu gry. - Grzesiek wchodzisz? Weź mnie zmień, bo zmęczony jestem. - z miłą propozycją wyszedł jeden z kolegów Grześka, Adam. Grzesiek już chciał wchodzić, ale Marcin znowu dał o sobie znać. - Halo, halo, halo. Edi, a ty gdzie? - Marcin zwrócił się z pytaniem do Adama. - Zmęczony jestem, Grzesiek mnie zmieni. - wyjaśnił Adam. - Co, co, co? Parę minut na boisku i ty zmęczony jesteś? Jak walisz konia, to też po minucie jesteś zmęczony? Nawet nie kombinuj, wracaj mi tu. Kaleka-paralityk niech poogląda jak się w to gra, żeby mi więcej nie pokazywał swoich koślawych zwodów. Adam z powrotem, Grzesiu jak siedziałeś, tak siedzisz. - Marcin zadecydował o doborze składów i pozostawił Grześka na ławce. Mecz w końcu się końcu zakończył. - Haaa! Kurwa, jaki wynik leszcze? No jaki wynik, pytam się? - na zakończenie meczu Marcin dobitnie zapytał przeciwników o wynik, chociaż dobrze wiedział, że jego drużyna wygrała. - 36:28 – odpowiedział jeden z zawodników drużyny przeciwnej. - Dla kogo? No dla kogo? - ponownie zapytał Marcin. - Dla was Marcin, dla was. - zdegustowanym tonem odpowiedział inny z zawodników drużyny przeciwnej. - Dokładnie tak. 36 punktów dla mistrzuniów i marne 28 dla cienkich, jak ołóweczki, penisków, czyli dla was. Żeby wszystkim uzmysłowić kto tak naprawdę wygrał mecz, to warto wspomnieć, że sam mistrzunio jebnął 24 punkty. Gdybym grał sam przeciwko wam, to przegrałbym tylko czterema punktami. Tak słabi jesteście w pięciu. Chociaż szczerze, hehehe, to nie wiem czy większą zasługą w tym zwycięstwie są moje punkty, czy mój manewr taktyczny, że posadziłem kalekę na ławie, hehehe. Dobry mecz, leszcze. Widzimy się następnym razem. - Marcin podsumował grę, wziął piłkę pod pachę i dumny poszedł do domu. - Nie przejmuj się nim. Wiesz, że myśli, że jest lokalnym Jordanem i mu czasem odpieprza. - Adam podszedł do smutnego Grzegorza i zaczął go pocieszać. - Eh, daj spokój. To już trzeci mecz, kiedy mnie zmienia w trakcie, a wszyscy tylko przytakujecie. Nikt nic nie powie, że Marcin zachowuje się jak buc. Do dupy jesteście. - wyżalił się Grzegorz. - Tylko on ma piłkę. Jak się obrazi i pójdzie do domu z piłką, to nie będziemy grali. - Adam wyjaśnił zachowanie reszty zawodników. - Wszyscy tutaj mamy ponad dwadzieścia lat, gramy w tą grę od małego i tylko jeden z nas ma piłkę do kosza? - zdziwił się Grzegorz. - Wiesz, że mieszkamy w Szypliszkach. Nie znajdziesz tutaj sklepu sportowego. - odpowiedział Adam. - Nikt z allegro nie może zamówić drugiej piłki, żeby ten debil przestał się tak wozić? - znalazł rozwiązanie problemu Grzegorz. - Dwa razy zamawiałem i kurier nigdy nie dotarł. Napisał, że „adresat nieobecny”, a gdzie ja mogłem być? Cały dzień w domu siedzę, no ale kurier nie ruszy dupy do Szypliszek. Łatwiej mu odesłać paczkę. - Adam wyjaśnił dokładnie jak to jest w Szypliszkach. - Chodź na kebaba. Dzisiaj piątek, to frytoburger 20% taniej. Ja stawiam. - Adam zaproponował Grzegorzowi strawę. Smutny Grzegorz ucieszył się na propozycję Adama. Jedzenie zawsze poprawiało mu humor, a jako, że humor miał zjebany, to frytoburger wydawał się idealnym lekarstwem. Podczas drogi do„Kebbaru”, która wiodła przez szczere pole, Grzegorza nagle zabolała stopa. - Aua! Aua, kurwa, co to?! - wydarł się Grzegorz. - Co się stało? Urwało ci nogę? - Adam przeraził się wrzaskiem kolegi. - Chyba tak! Aua, kurwa, jak boli! Aaauuuaaa! - Grzegorz nie przestawał się drzeć. - O kuuurwaaa staaary... Zobacz w coś ty wdepnął! - Adam spostrzegł co się stało ze stopą Grześka. Koledzy spojrzeli w dół, a pod stopą Grzegorza dało się zauważyć pięć rozdeptanych strzykawek. Co gorsza, w prawą stopę Grzegorza wbite były cztery igły. - Łaaaaaaaaa! Łaaaaaaaaa! Wyciągnij to! Łaaaaaaaaa! Wyciągnij mi to szybko! - po tym jak Grzegorz zobaczył co ma w stopie, zaczął spanikowany biegać dookoła i drzeć się jeszcze głośniej. - Stój! Nie wyciągnę ci tego jak biegasz wokoło! Przestań biegać jak pojebany, bo jeszcze bardziej ugrzęzną! - Adam próbował pomóc koledze. - Łaaaaaaaaa! Łaaaaaaaaa! - ale Grzegorz wciąż biegał wokół, jak pojebany. Kiedy się w końcu zmęczył panikowaniem, to usiadł. Wtedy Adam zaczął wyciągać nieprzyjemne znalezisko, ze stopy Grzegorza. - I mówiłem, że bardziej ugrzęzną? Jedna nie chce wyjść, a jeszcze inna ułamała się w środku. Trzeba jechać na pogotowie. - ocenił sytuację Adam. - Na jakie pogotowie? Powiedzą, że ćpałem i będzie wiocha na całą wioskę! - Grzegorz zdecydowanie odrzucił możliwość pojechania na pogotowie. - No ja ci ułamanej igły nie wyciągnę ze stopy. - Adam wyjaśnił jak jest. - Właśnie, że wyciągniesz! Dłub tam głęboko, żeby wydłubać, a tą igłę, co nie chce wyjść, ciągnij mocniej. - Grzegorz wyjaśnił Adamowi jak będzie. - Ta igła co ugrzęzła, nie wychodzi, no. - kolega nie dawał rady wyciągnąć igły ze stopy Grześka. - Ciągnij mocniej!!! - Grzegorz nie dawał za wygraną. W końcu igła dała się wyciągnąć. - Mówiłem, że wystarczy ciągnąć mocniej?! A tą ułamaną wydłubałeś? - Grzegorz bacznie doglądał tejże, jakże chirurgicznej, operacji. - Nie będę ci wydłubywał zaćpanej igły ze stopy gołymi palcami. Normalny jesteś? - Adam racjonalizował przebieg tej operacji. - Masz. Weź to i tym mi wydłub tą igłę. Dłub, aż wydłubiesz. - Grzegorz wręczył koledze metalowy pręcik, który znalazł obok siebie i poinstruował kolegę co do dalszych czynności. Dłubanie chwilę trwało. Krew tryskała, wydłubać było trudno, a Adam był bardzo niezadowolony z roli chirurga, jaka na niego spadła. - No i kurwa cali jesteśmy upieprzeni w tym wszystkim. Masz tu ten wydłubany kawałek. Na pamiątkę sobie zostaw. - rozgoryczony Adam, wręczył Grześkowi wydłubany fragment igły. - Ufff, dobrze, że już po wszystkim. - ucieszył się Grzegorz. - Jakie po wszystkim? Miałeś cztery niezidentyfikowane igły w stopie. Dodam, że są to igły z niezidentyfikowanych strzykawek. Chyba jednak warto pojechać na pogotowie? - kolega próbował namówić Grześka na wizytę u lekarza. - Eee tam, wszystko gra. Kiedyś wbiłem sobie zardzewiałego gwoździa w rękę. Parę dni popiekło i została mała blizna. Będzie dobrze. - Grzesiek ewidentnie nie wybierał się na pogotowie. - No jak chcesz. Ja jadę. Po tym dłubaniu, wolę sprawdzić czy wszystko u mnie dobrze. - Adam wyruszył przez szczere pole, na pogotowie. - Ale najpierw może pójdziemy na frytoburgera? - zaproponował Grzegorz. To pytanie Adam pozostawił bez odpowiedzi i żwawo pobiegł na badanie.

DOM GRZEGORZA MACZANA PRZY ULICY ZIOŁOWEJ, SZYPLISZKI

Po powrocie do domu Grzegorz obmył się po „operacji” i zasiadł do posiłku. Nie zjadł obiecanego wcześniej frytoburgera, więc był głodny. Kanapka z serem i keczupem oraz dwie parówki drobiowe na ciepło, maczane w musztardzie, okazały się strzałem w dziesiątkę. - To było smaczniejsze niż frytoburger. - ucieszył się Grzegorz po posiłku. Dobiegał późny wieczór i nasz bohater jak zwykle miał zasiąść do seansu ulubionego filmu pornograficznego, lecz był dziwnie senny. Wtedy zadzwonił telefon. - Grzesiu wszystko w porządku, przebadali mnie i nic nie mam. Chociaż w sumie ty i tak powinieneś iść do lekarza. Ja aż tak bardzo nie byłem narażony na ewentualne świństwo ze strzykawek. - zaczął rozmowę Adam. - Mówiłem ci, że będzie wszystko w porządku. To pewnie były puste strzykawki, tylko pech, że mi się igły powbijały. - odpowiedział Grzegorz. - Pewnie masz rację. No dobra, to trzymaj się i daj znać jak będziesz szedł na mecz. - zakończył Adam. Senny Grzegorz odpuścił seans filmowy i postanowił się położyć. Jednak tej nocy nie było mu dane łatwo zasnąć. Przewracał się z boku na bok, liczył barany, próbował nawet zasnąć na wznak i nic nie pomagało. Mijały godzina za godziną, aż w końcu Grzegorz zobaczył, że coś świeci jasnofioletowym światłem pod kołdrą. - O kurwa! - wrzasnął spojrzawszy pod kołdrę. Jego prawa stopa mieniła się jasnofioletową barwą, a z dziurek po igłach wylatywały jasnofioletowe promienie. - Łaaaaaaaaa! Łaaaaaaaaa! - Grzegorz zaczął krzyczeć w swoim stylu. Po chwili krzyków, stopa Grzegorza przybrała normalny kolor, ale teraz on sam zaczął świecić na jasnofioletowo. - Łaaaaaaaaa! Łaaaaaaaaa! - przestraszony kontynuował swoje krzyki. Wybiegł ze swojej sypialni, potem z domu i w szczerym polu, świecąc niczym fioletowa żarówka, biegał jak pojebany przez około dziesięć minut. Kiedy się zmęczył przestał biegać oraz krzyczeć i usiadł na ławce przed domem. Wciąż świecił jasnofioletowym światłem, ale już go to nie przerażało. - Może trzeba było pójść na to pogotowie? - zaczął się zastanawiać. Rozmyślał przez chwilę, czy nie pójść na pogotowie teraz, kiedy świecił nieznanym sobie światłem, ale skoro nie poszedł wcześniej, kiedy nie świecił, to tym bardziej nie pójdzie teraz, kiedy świeci. Do takich wniosków doszedł i jak tylko do nich doszedł, to przestał świecić. Na pogotowie jednak i tak nie poszedł. Poszedł za to spróbować się zdrzemnąć i tym razem zasnął bez problemu. Wstał wcześnie rano, ale był wypoczęty jakby spał przez tydzień. Rankiem zastanawiał się, czy jasnofioletowe światło tylko mu się przyśniło, czy naprawdę biegał przestraszony po polu, niczym fioletowa żarówka. Wątpliwości rozwiał poranny telefon. - Ty widziałeś wczoraj tą fioletową poświatę na niebie?! Około drugiej w nocy, kilkanaście ludzi widziało jak niebo mieni się na fioletowo! - podniecony zeszłonocnymi wydarzeniami Adam, postanowił poinformować o tym Grzegorza. - Jasnofioletowo. - sprecyzował kolor Grzegorz. - Czyli widziałeś?! Ludzie mówią, że Bóg zstąpił do Szypliszek! Co myślisz? - Adam skonfrontował swoje informacje, z tym co ma do powiedzenia kolega. - To nie Bóg. - odpowiedział Grzegorz. - Skąd wiesz? To co to było? Kosmici? - Adam drążył temat. - Nie wiem co to było, ale to nie był Bóg, ani kosmici. - odpowiedział Grzesiek, po czym się rozłączył. Kiedy dotarło do niego, że jego podziurawiona noga, rzeczywiście tryskała jasnofioletowymi promieniami, a potem on sam świecił tak, że widziało go pół Szypliszek, to znowu zaczął się poważnie zastanawiać nad wizytą na pogotowiu. Czuł się jednak dobrze. Tak dobrze, że nigdy nie czuł się lepiej.

RYNEK WARZYWNO-OWOCOWY PRZY ULICY MIĘSNEJ, SZYPLISZKI

Grzegorz wyruszył na rynek po dwa banany, trzy jabłka i cztery pomidory. Myślał też czy nie kupić by sześciu jajek, ale nie był jeszcze co do tego pewien. Dylemat zakupu jajek przeszedł na drugi plan, kiedy podczas wybierania antonówek, spotkał Marcina. - Elo ziomek. Jabłuszka? Widzę, że żyjesz fit like Ann, hehe. Ja tak samo. - przywitał Grześka Marcin, wybierając papierówki, które stały obok antonówek. - No tak. Żyję fit jak ty... i ann... i jak wszyscy staramy się żyć. - Grzegorz nieco filozoficznie, nieco intelektualnie odpowiedział na przywitanie Marcina. - Ty, słuchaj. Sorrka za tą ostatnią zmianę w meczu. Chciałem wygrać, nie bądź na mnie zły. Wpadnij jutro na mecz, pozwolę ci wybrać drużynę, w której chcesz grać. - zaproponował Marcin. - Raczej nie przyjdę. Noga mnie boli, bo... - zaczął wyjaśniać Grzegorz. - No nie bądź pizdeczka. Jaka noga? Przecież chodzisz. Przyjdź, pogramy. Będzie nas dziewięciu i akurat jednego brakuje. Musisz przyjść, no weź. - podczas namawiania, wyszła na jaw prawdziwa motywacja Marcina. - Czyli jest was za mało i mam przyjść na zapchajdziurę? - podirytował się Grzesiek. - Ale dzięki temu zagrasz cały mecz! No weź przyjdź, Adam też będzie. Nie chcesz z nami grać? Nie lubisz nas? - Marcin zaczął stosować podchwytliwy, psychologiczny szantaż. - Dobra, będę. - wkurzony Grzegorz dał się podejść szantażowi. - No i gites. Tylko pamiętaj: żadnych koślawych zwodów. Do jutra. - Marcin pożegnał Grzegorza, ugryzł jedną z wybranych papierówek i poszedł do domu. - Owoce się myje przed jedzeniem, wieśniaku. - powiedział w duchu, zdenerwowany Grzegorz. Wcale nie chciał iść na mecz. Po ostatnim razie miał dosyć koszykówki na zawsze. Coś jednak mówiło mu w duchu, żeby rozegrał tę partię. Jeszcze ten jeden mecz. - Może uda się ciężko sfaulować Marcina? Może podłożę nogę w odpowiednim momencie i Marcin przypadkowo wybije sobie wszystkie zęby? - taką motywację miał na zbliżający się mecz. Z powodu tego stresującego spotkania, całkiem zapomniał czy kupić jajka, czy nie. Już się nad tym w ogóle nie zastanawiał. Mając dwa banany, trzy jabłka i cztery pomidory, jedyne czym nerwowo zaprzątał sobie głowę, to jutrzejszy mecz. Zapomniał, że jest jeszcze coś, o czym powinien poważnie pomyśleć. - Auaaa... - noga znowu dała o sobie znać, przez co Grzegorz mruknął z bólu. Po raz kolejny zaczęła świecić na fioletowo, co było lekko widać, bo promienie wydostawały się z buta. - Tylko nie teraz... - Grzegorzowi nie w smak było rozświetlić swoim blaskiem cały rynek. Jasnofioletowe promienie nagle ustały i Grzegorzowi ulżyło. Jednakże od razu poczuł przedziwny głód. Nie miał ochoty na jabłka, ani banany. Był to dziwny głód, niczym wampira, który nie skosztował krwi od miesiąca. Sam nie wiedział na co miał ochotę, ale intuicja zaprowadziła jego wzrok na bramę przy ulicy Samosiejki 3. Brama ta była znana z tego, że urzędował w niej „Jimmy”. Jimmy zawdzięczał swoją ksywkę temu, że jako młody chłopiec jadał tylko kanapki z dżemem truskawkowym. A w sumie to zlizywał dżem z kanapki i chleb zostawiał. Bardzo lubił dżem i mówił na niego „dżim”. Ksywka szybko się przyjęła i Robert Pieczywo, przestał być znany pod swoimi prawdziwymi danymi osobowymi i stał się znanym na całą okolicę Jimmy'm. A skąd cała okolica znała Jimmiego? Otóż Jimmy w wieku kilkunastu lat zamienił swoją miłość do dżemu, na miłość do twardych narkotyków. Tak bardzo je pokochał, że kiedy w Polsce zabrakło kokainy i amfetaminy, to postanowił ugotować metamfetaminy dla całego kraju. Zakupił wszystkie ibupromy i paracetamole z okolicznych aptek, po czym przystąpił do nauki technologii produkcji. Zorientował się wtedy, że produkować metamfetaminę potrafi tylko do punktu, w którym trzeba kupić ibupromy i paracetamole. Z dalszych etapów produkcji nie rozumiał nic, bo nie był najbystrzejszy. Postanowił więc, że zacznie sprzedawać rozkruszone tabletki paracetamolu jako amfetaminę. Na rynku była taka bieda, że każdy brał co było. Pokruszony paracetamol też by się sprzedał. W tym samym czasie kurierskie dostawy do okolicznych aptek zaczęły się opóźniać. Ludzi zaczęły boleć zęby, głowy, nogi, stawy, a środków przeciwbólowych nie było. Wtedy sprytny Jimmy rozpuścił plotki, że na ulicy Samosiejki 3 jest dostępny nielegalny, skuteczny środek przeciwbólowy. Sprzedawał rozkruszone tabletki ibupromu i paracetamolu z dziesięciokrotnym przebiciem. Klienci byli zadowoleni, tajemnicza aura wokół „leku Jimmiego” trwała, a ludzie nie mogli wyjść z podziwu jak sprytny Jimmy zawsze zostaje wypuszczany przez policję, mimo że sprzedaje nielegalny środek. Ale co miała zrobić policja? Trzydzieści razy zatrzymywali Jimmiego, a on zawsze miał przy sobie paracetamol. Służby prawa ostatecznie całkowicie odpuściły Jimmiemu, kiedy to na zebraniu rady miasta, poproszono po raz trzydziesty pierwszy o fundusze, które pomogłyby schwytać sprytnego sprzedawcę. Radni miasta orzekli w tej sprawie jasno: „Nie złapaliście go trzydzieści razy i chcecie kolejne pieniądze? Odpierdolcie się od niego raz na zawsze! A teraz łapcie za suszarki i zapierdalajcie na ruchliwe ulice odrabiać straty, których narobiliście trzydzieści poprzednich razy!”. Dostawy kurierskie w Szypliszkach i okolicach zostały wznowione, a sprytny Jimmy wszystkie pieniądze z legalnego paracetamolu, zainwestował w miłość swojego życia, czyli twarde narkotyki. Rozkaz był jasny, że od Jimmiego trzeba się odpierdolić, a on teraz na luzie mógł chodzić po mieście z czymś więcej w kieszeni, niż paracetamol. Właśnie to „coś więcej” było przyczyną głodu Grzegorza i właśnie dlatego jego oczy spotkały się z oczami Jimmiego w bramie na ulicy Samosiejki 3. Grzegorz nie znał Jimmiego osobiście, znał tylko legendy o nim. Nigdy wcześniej też nie nabywał specyfików, które tak kochał Jimmy. Jednak intuicja podpowiadała mu, że nadszedł czas na przyjaźń z Jimmy'm. Ruszył w stronę bramy, modląc się żeby noga nie zaczęła znowu świecić. Kiedy dotarł na miejsce, Jimmy od razu zadał konkretne pytanie. - Co potrzeba? - na luzie zapytał Jimmy. - W sumie, to nie wiem. Co mogę dostać? - zdezorientowany Grzegorz sam do końca nie wiedział, po co poszedł do Jimmiego. - Możesz dostać wpierdol, jak się nie ogarniesz. Masz pięć sekund, żeby wypowiedzieć życzenie, albo spierdalaj. - Jimmy szybko wyprostował zdezorientowanie Grzegorza. - Marihuanę! - Grzegorz wypowiedział nazwę jedynego narkotyku, jaki znał. - Ile? - Jimmy dopytał o ilość. - Za pięćdziesiąt złotych. - Grzegorz nie wiedział, czy poprosić na sztuki, na gramy, czy na co, więc wybrnął z odpowiedzią, podając kwotę. W przyszłości będzie wiedział, że nie mówi się dilerom ile ma się pieniędzy, tylko mówi się ile się chce konkretnie gramów. Na tym etapie jednak nie znał życia od tej strony, więc improwizował. - Dobra, dawaj Kazimierza Wielkiego i teraz tak. Widzisz tamtą bramę naprzeciwko? - rozpoczął instrukcję Jimmy. - Tak. - odpowiedział pewnym tonem Grzegorz. - Przy wejściu po prawej stronie są dwa kamienie. Pod tym większym, za szesnaście minut, będzie twoje życzenie. Pójdziesz tam za siedemnaście minut i odbierzesz. Nie za osiemnaście minut, nie za dziewiętnaście minut, tylko za równe siedemnaście podniesiesz kamień i znikasz. Okej? - wyjaśnił Jimmy. - Okej. - niepewnie odpowiedział Grzegorz. Wyglądało to na jakiś wałek, ale Jimmy słynął z najlepszej jakości towaru, a nie z wałków. Grzesiek odliczył równe siedemnaście minut i poszedł pod przeciwną bramę. Pod większym kamieniem okazale widniała torebeczka z zawartością. Grzegorz schował szybko swój zakup do kieszeni i prędko pobiegł do domu.

DOM GRZEGORZA MACZANA PRZY ULICY ZIOŁOWEJ, SZYPLISZKI

W domu Grzegorz miał nie lada problem. Nie wiedział jak użyć swojej zdobyczy, a głód stawał się coraz bardziej nieznośny. Do tego jego stopa zaczęła świecić ciemnofioletowym światłem. Grzegorzowi na chłopski rozum od razu wydało się, że lepiej kiedy świeci jasnofioletowym światłem, a nie ciemnofioletowym. W panice znalazł w biurku jednego papierosa, którego opróżnił, a do gilzy wsypał zawartość torebki spod kamienia. Pierwszy kontakt Grzegorza z marihuaną był tak pokraczny, że aż trudno to opisać. Niemniej jednak nasz dzielny bohater zajarał. A jak już zajarał, to poczuł jak mija nieznośny głód i coś więcej. - Łahahaha, ale zajebiście. Ojezu jak fajnie... - zachwycał się nad swoim stanem Grzegorz. Jego stopa momentalnie przestała świecić na ciemnofioletowo, a ukłucia po igłach zagoiły się. - Ty stopa, przestałaś świecić, czy mi się tylko wydaje? - Grzegorz zaczął rozmawiać ze swoja stopą. - Odpowiadaj! - ponaglał stopę. Stopa nie odpowiadała, co rozbawiło Grzegorza do łez. Nadeszła gastrofaza. - Ojezu, to jest najpyszniejsze co w życiu jadłem! - zachwycił się, konsumując kanapkę z masłem i plasterkiem jabłka. - Ooo, nieprawda. To jest najpyszniejsze! - zreflektował się, kiedy zjadł kanapkę z masłem i plasterkiem banana. Po zwalczeniu gastrofazy, przyszedł czas na życiowe refleksje. - Iść na to pogotowie, czy nie iść? A jak pójdę to co powiem? Wiem! Powiem, że mnie Marcin ugryzł w nogę i zaraził mnie hifowścieklizną. Powiem, żeby go uśpili, bo przez niego ludzie świecą na fioletowo. Albo nie! Pojadę po nim grubiej i powiem, że mnie zaraził homohifowścieklizną... - rozważał Grzegorz. Owe rozważanie przerwał koniec fazy. - I już? Koniec imprezy? - Grzegorz zapytał sam siebie, po upływie godziny czasu. - I to w mediach o tym mówią, że zabija i deprawuje? Yyy... Czemu to jest nielegalne, a alkohol można kupić na stacjach benzynowych? - Grzegorza dopadły pytania typowe dla narkotykowego prawiczka, który właśnie został rozdziewiczony. Jako, że w torebeczce była jeszcze zawartość, to Grzesiek poleciał po papierosy do osiedlowego sklepu, żeby kontynuować swoje radosne odkrycia. Po powrocie do domu zdawał się być zaskoczony szybkością z jaką nabył paczkę fajek. W domu nie było go zaledwie minutę, a już był z powrotem. - Czy ja właśnie poleciałem do sklepu? Dosłownie... - zdawał się nie pamiętać dokładnie przebiegu swojej podróży. - To pewnie ta marihuaen. - zrzucił swoją dezorientację na narkotyk i odpalił kolejnego „papierosa”. - Ojezu, jak zajebiście. Łahahaha... I to jest nielegalne?! No nie wierzę... - ekscytacja narkotykowego prawiczka, zdawała się nie mieć końca, kiedy odkrył jak to naprawdę działa. Do kolejnej gastrofazy nie doszło, bo Grzegorz zasnął na siedząco, rozmyślając o tym, jaką najgorszą chorobę może roznosić Marcin. Następnego dnia obudził go telefon. - Siema. Idziesz na mecz? Marcin mówił, że przyjdziesz. Myślałem, że cię boli noga? - Adam zadzwonił przed południem z pytaniem o zbliżający się mecz. - Miałem nie iść, ale tak mnie zdenerwował, że postanowiłem, że zrobię mu na złość i przyjdę. - wyjaśnił Grzegorz. - Ale jakie „na złość”? On chce żebyś przyszedł, bo nam brakuje jednego, żeby były dwie piątki. - nie zrozumiał za bardzo Adam. - Nie wiem. Wtedy wydawało mi się, że robię mu na złość. Tak, czy inaczej, idę. - zakomunikował Grzegorz. - No dobra, to będziemy w jednej drużynie, przeciwko Marcinowi. Wpadnij wcześniej, to zrobimy rozgrzewkę. - oznajmił Adam, po czym się rozłączył. Grzegorz zebrał się na mecz i już miał wychodzić, kiedy przypomniał sobie o swojej anomalii. - A co jak zacznę świecić podczas meczu? - zauważył problem. Rozwiązanie nasunęło się samo. Zamierzał zajarać przed meczem, na wszelki wypadek, dla zdrowotności. Pokraczne nabijanie w gilzy po opróżnionych papierosach trwało, ponieważ Grzegorz jeszcze nie znał skrótu OCB, ani słowa „bongo”. Odpalił skonstruowanego przez siebie papieroska i ponownie poczuł to, co wcześniej. - No jak to może być nielegalne? No nie mogę, no... - z niedowierzaniem pomrukiwał pod nosem. Oprócz typowych reakcji chemicznych, które odczuwa się po „zajaraniu”, Grzegorz czuł coś jeszcze. Przypływ mocy był tak odczuwalny, że aż niewiarygodny dla tego niemocnego dotąd jegomościa. Czuł jak z jego prawej stopy, emanują przez całe ciało prądy silniejsze od piorunów. W dłoniach czuł ogień, w sercu odwagę, a w głowie mądrość. W takim nastroju wyszedł z domu i ruszył na boisko.

BOISKO DO KOSZYKÓWKI PRZY ULICY RUMUŃSKIEJ, SZYPLISZKI

- Dobrze, że przyszłeś. Akurat będzie po pięciu. - Marcin przywitał Grzegorza. - Mówi się „przyszedłeś”, debilu. - w duchu odpowiedział Grzegorz. - Też się cieszę, że wpadłem. - ale na głos powiedział to. Na rozgrzewkę nie było już czasu, więc Marcin podzielił składy i mecz się rozpoczął. Tak jak chciał Adam, Grzegorz był w jego drużynie. Początkowo Adam chciał Grzegorza w swojej drużynie, tylko dlatego, żeby ten nie był tyrany przez Marcina. Jednak kiedy zaczęła się gra, to Adam był szczęśliwy, że jest w drużynie Grzegorza. Tak, tak. Zaledwie kilka sekund od startu meczu, to nie była już drużyna Adama, w której był Grzegorz, tylko drużyna Grzegorza, w której był Adam. Rzut w górę, walka o piłkę, jak zawsze walkę wygrywa Marcin, ale chwilę po tym piłkę przejmuje Grzesiek i rzuca za trzy. Od 3:0 zaczyna się mecz, a Marcin nie jest zadowolony z takiego przebiegu. - Jakbyś był ze mną w drużynie to byś, kurwa, kiwał koślawo, ale że przeciwko mnie, to punktujesz sobie gładko za trzy? Dobra, no to gramy, kurwa mać. - Marcin wyraźnie zdenerwował się na rozpoczęcie meczu i nie mógł się powstrzymać od pyskówek w kierunku Grzegorza. - No to, kurwa mać, zacznij grać, bo to, że sobie pogadasz, to niewiele da. - Grzegorz kąśliwie odpowiedział. - Uuuuuuuu... - zrobili pozostali gracze, a Marcin mało się nie zesrał ze złości. Dalszy przebieg meczu? Drużyna Marcina rzuca i nie trafia. Piłkę zbiera Adam, podaje na obwód do Grześka, a Grzesiu czyściutko ponownie za trzy. 6:0 na starcie i czuć w powietrzu, że zaczęła się gra na poważnie. Marcin bierze się za grę, mija wszystkich i jest 6:2. Co z tego, skoro Adam znowu podaje na obwód do Grześka, a ten rzuca trzecią „trójkę” z rzędu i jest 9:2. - Co jest, kurwa? We dwóch go kryjcie! Jak rzuci jeszcze jedną trójkę, to schodzicie z boiska! - Marcin wydarł się na kolegów z drużyny. - I kim ich zastąpisz? Mnie już na rezerwie nie ma. - uśmiechnął się szyderczo Grzegorz, wiedząc że zawodników jest na styk i nie będzie żadnych zmian. - Nie wymądrzaj się tak. To były ostatnie punkty jakie zdobyłeś. - odgrażał się Marcin. Nie miał racji. Zdenerwowany próbował powtórzyć skuteczność Grzegorza w rzutach „za trzy”, ale już przy pierwszej próbie został zablokowany przez... jakżeby inaczej, Grzegorza. - Uuu, ale czapa. Uuuuu... - zachwycili się pozostali gracze. Szczególny zachwyt wzbudził wyskok Grzegorza, który był nienaturalnie wysoki. - Ściągaj buty! Nie ma, kurwa, mowy, że skoczyłeś tak sam, bez wspomagaczy. Ściągaj buty i pokazuj podeszwę! - Marcin dostawał szału. Grzesiek ściągnął buta i podstawił Marcinowi pod nos. - Chcesz powąchać, czy aby nie ma tam ukrytych trampolin? - Grzegorz tego dnia był nie tylko królem boiska, ale i ciętych ripost. Marcin wściekł się, że w butach Grzegorza nic nie ma i nakazał wznowienie meczu. Zaczął sam „wygrywać” mecz, jak to miał w zwyczaju, ale każdy zwód kończył się zabraniem piłki przez Grzegorza. - Widzę, że ćwiczyłeś moje koślawe zwody. Rzeczywiście są do dupy. - powiedział do Marcina Grzegorz, po jednym z odbiorów piłki. Ze stanu 9:2 zrobiło się 18:12, potem 31:20, aż w końcu... 55:26. Czterdzieści pięć punktów zdobył Grzegorz, który został jednogłośnie wybrany MVP meczu. Ostatnie dwa punkty jakie zdobył, wyglądały mniej-więcej tak:

Grzegorz robi alley-oopa

Pierwszy raz, od setek meczów, MVP został kto inny niż Marcin. - Dobry mecz... Grzegorz. - po meczu Marcin ruszył z gratulacjami do nowego MVP. - Powiedziałbym to samo o tobie, ale nie chcę kłamać. - odpowiedział nowy MVP. - Uuuuuu... - ponownie zrobili pozostali gracze. - Puszczę ci to płazem, bo dziś twój dzień. Jeszcze się spotkamy. - Marcin nie udawał już dyplomaty. Po meczu drużyna Marcina rozeszła się do domu, a z drużyny Grzegorza został tylko Adam. - No dobra Grzesiek. Wszystko fajnie, wygrany mecz mnie cieszy... ale jak już jesteśmy sami, to powiedz mi, do cholery, jak w tak krótkim czasie stałeś się Jordanem, Bryantem i LeBronem w jednej osobie? - zdenerwowanym tonem zapytał Adam. - Chyba musimy pogadać... Pamiętasz tę noc, co Bóg zstąpił do Szypliszek? ...

CAŁKOWICIE DRUGI KONIEC ŚWIATA, TAJEMNICZA REZYDENCJA PROFESORA ŁYSICZKI

bip, bip, bip, bip, bip, bip, bip, bip, bip

- Tak? - na dźwięk dzwonka, słuchawkę podniósł tajemniczy głos. - ACO do pana. Mówi, że to ważne. - sekretarka wyjaśniła powód swojego telefonu, seksownym głosem. - Wpuść. - jasną komendę wydał tajemniczy głos. - Profesorze, profesorze! Udało się! Wszystko gotowe! - już na wejściu przybysz oznajmił, że „wszystko gotowe”. - Brawo ACO, mój dzielny kompanie. Zrobiłeś tak jak prosiłem? Rozrzuciłeś strzykawki z narkomocami po świecie? - zapytał profesor. - Tak, profesorze Łysiczka. Wszystko jest na miejscu. - potwierdził ACO. - A więc się zaczęło... Hyhyhyhy... Hahahaha... MUAHAHAHAHAHA!!! - przeraźliwie zaśmiał się profesor Łysiczka.

CDN... (na serio, będzie ciąg dalszy)

4 thoughts on “THE NARCOMAN: THE POCZĄTEK

  • 14 września 2017 at 11:14
    Permalink

    Kurde, całkiem gruba akcja. Dobrze napisane i śmieszne. Dałbym ci lajka, ale nie ma jak :(

    Reply
  • 6 września 2017 at 15:39
    Permalink

    mmmmmm alleyoop Griffina w gifie
    jeden z najlepszych jakie się wydarzyły :D

    Reply
  • 5 września 2017 at 22:33
    Permalink

    Tytuł, postacie, fabuła i rozwój zdarzeń na najwyższym poziomie :) Kolejny rewelacyjny wpis, bardzo przyjemnie spędziłem czas przy czytaniu. Pozdrawiam autora i Fundację!

    Reply
  • 5 września 2017 at 13:04
    Permalink

    Ależ zwrot akcji! Nigdy bym się nie spodziewała, że za tym wszystkim stoi prof. Łysiczka! XD
    Czekam na ciąg dalszy!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.